Najzdolniejsi czeladnicy, obdarzeni prawdziwym talentem, z czasem opuszczali mistrza i zaczynali działalność na własny rachunek. Fakt, że wyszli z pracowni cenionego malarza, pomagał im, ale musieli na swoje nazwisko zapracować.
 |
Monika Iskandar |
|
MONIKA ISKANDAR
dyrektor zarządzająca IMR advertising by PR
Kiedy podziwiamy dziś dzieła najwybitniejszych malarzy europejskich XVI i XVII wieku, często nie jesteśmy świadomi, że tak naprawdę patrzymy na efekt pracy zbiorowej. Dawniej malarstwo uznawane było za rzemiosło. Stąd też, żeby tego rzemiosła się nauczyć, trzeba było iść do terminu – stać się czeladnikiem u mistrza. I tak jak w przypadku każdego terminowania, zaczynało się od „przynieś, wynieś, pozamiataj”, by z czasem otrzymywać coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Wreszcie czeladnik zaczynał się specjalizować w malowaniu konkretnych detali obrazu. Jeden stawał się specjalistą od malowania aniołów, inny od kwiatów. Specjalizacja niejednokrotnie była tak wąska, że czeladnik zajmował się na przykład tylko malowaniem lilii. I kiedy zamożny mecenas płacił za zamówione dzieło, miał świadomość, że płaci za nazwisko mistrza, jego niepowtarzalny talent, ale też za pracę czeladników, którzy malowali detale obrazu.
Najzdolniejsi czeladnicy, obdarzeni prawdziwym talentem, z czasem opuszczali mistrza i zaczynali działalność na własny rachunek. Fakt, że wyszli z pracowni cenionego malarza, pomagał im, ale musieli na swoje nazwisko zapracować sami. Często upływało wiele lat, zanim taki malarz, zaczynał być znany i pojawiały się pierwsze poważniejsze zamówienia. Jednak żeby zyskać prawdziwego mecenasa, który płaciłby duże pieniądze, musiał wokół siebie zgromadzić uczniów. Dopiero wtedy mógł liczyć na to, że będzie traktowany poważnie.
Taki system funkcjonował przez setki lat i jakkolwiek wydawałoby się to nieprawdopodobne, opierał się na wzajemnej lojalności mistrza i uczniów. Mistrz wiedział, że wcześniej czy później najzdolniejsi uczniowie go opuszczą i być może kiedyś przyjdzie mu z nimi rywalizować. Ale wiedział też, że kiedy już do tego dojdzie, będzie miał godnego przeciwnika, który choć wiele się od niego nauczył, równie wiele osiągnął sam. I co najważniejsze, zgodnie z niepisanym kodeksem, nie zdradzi żadnych tajemnic warsztatu mistrza. Choćby jego sposobów mieszania składników, by uzyskać konkretny kolor farby.
Ale świat się zmienia. Dziś żaden malarz nie przygotowuje farb sam, a dawne pracownie mistrzów zostały zastąpione przez Akademie Sztuk Pięknych. Od XIX wieku sztuka funkcjonuje na zupełnie innych zasadach i poza teatrem czy filmem trudno już dziś znaleźć artystów, którzy pozostawaliby w relacji mistrz – uczeń. Współczesny świat dąży do ujednoliconego, i przez to trochę bezdusznego, kształcenia w sterylnych warunkach szkolnych. Daje to rozbudowaną wiedzę teoretyczną i w gruncie rzeczy zerowe umiejętności praktyczne. Trudno sobie wyobrazić lekarza, który bez praktyki zabrałby się za leczenie pacjentów wyposażony tylko w wiedzę teoretyczną.
Podobnie rzecz wygląda w przypadku PR-u. Są już wydziały PR-owe na wyższych uczelniach, są szkoły, które specjalizują się w kształceniu przyszłych PR-owców. Ale nic nie zastąpi praktyki, którą daję codzienna praca w agencji PR. I tu analogia z pracowniami dawnych mistrzów jest wyraźna. Młody człowiek, który przychodzi do agencji PR, jest jak czeladnik szesnastowiecznego malarza. Będzie się uczył od mistrzów, ale zaczyna od „wynieś, przynieś, pozamiataj”. Z czasem dostaje jakieś drobne zadanie do wykonania, aż wreszcie zaczyna uczestniczyć w konkretnych projektach. I jak czeladnik w pracowni dawnego mistrza zajmuje się detalami, w miarę jak zdobywa doświadczenie, coraz ważniejszymi. Może ujawnić swój talent. Nawiązuje kontakty z mediami. Po kilku latach nawet z niektórymi dziennikarzami degustuje szlachetne trunki, nierzadko wina czerwone. I analogię z pracownią renesansowego malarza diabli biorą.
Bo młody człowiek, przekonany, że już wszystko wie i wszystko umie, że zna już wszystkich, których znać powinien, pewnego dnia opuszcza agencję i rozpoczyna działalność na własną rękę, przekonany, że skazany jest na sukces. W końcu zabrał ze sobą notes z telefonami najważniejszych klientów agencji i najbardziej wpływowych dziennikarzy, z którymi wypił już niejedną butelkę szlachetnego trunku. Świat PR-u stoi przed nim otworem. A wiedząc, że sukces zwykle ma wielu ojców, woli uniknąć w przyszłości problemów z ustaleniem ojcostwa, więc tworzy tylko ze sobą jednoosobową spółkę z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością i zaczyna PR-owe chałupnictwo. Biuro urządza we własnym domu, żeby obniżyć koszty. Jest przekonany, że w ten sposób stanie się konkurencyjny i klienci będą walić drzwiami i oknami.
Gdybyśmy mieli do czynienia z umoralniającą opowiastką w stylu ballad Mickiewicza, w których „nie masz zbrodni bez kary”, młody człowiek zostałby za swoją pychę i nielojalność przykładnie ukarany, czyli nie pojawiłby się żaden klient, a w dodatku spotkałby się nasz bohater z ostracyzmem środowiska. Ale rzeczywistość jest mniej doskonała niż świat ballad. W realnym świecie okazuje się, że młody człowiek przeliczył się tylko do pewnego stopnia. Co prawda, klienci nie walą drzwiami i oknami, ale pojawiło się kilku amatorów PR-u w kapciach.
I na tym polega cały problem. Zarówno nasz młody człowiek, jak i jego klienci zapominają, że w przypadku PR-u obniżenie kosztów zawsze prowadzi do obniżenia jakości pracy. Że końcowy efekt kampanii PR-owej, jak obrazy dawnych mistrzów, jest dziełem zbiorowym. A z PR-owym chałupnictwem jest jak z niesławnej pamięci tanimi wyrobami czekoladopodobnymi. Wygląd niby ten sam, ale wartość - żadna.