Nie wszystkie przejawy kokieterii, próby flirtu, przymiarki do podboju wywołują miły dreszczyk emocji, ciekawości i ochoty. Nie wszystkie „podchody” wywołują chęć sprawdzenia, podjęcia gry i wyzwania czy rozkosznej uległości.
 |
Mirosław Karwat |
|
Dr hab. MIROSŁAW KARWAT
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Znana zasada wzajemności oznacza między innymi: lubimy tych, którzy nas lubią (i umieją to okazać). Analogicznie: odwzajemniamy względy tym, którzy okazują nam względy, nawet jeśli przez to w sposób widoczny zabiegają o jakąś własną korzyść. Właśnie mechanizm wzajemności – naturalnej i spontanicznej lub sprowokowanej albo nawet wymuszonej – sprawia, że taktyka ingracjacyjna (przymilna) daje niemal gwarancję efektu.
Jedynym wyjątkiem są tu być może zaloty, w których odpowiedź na „awanse” często bywa nie po myśli czy to szczerego i roznamiętnionego adoratora, czy też zbyt pewnego siebie kolekcjonera przygód i zdobyczy. Ale też w przypadku zalotów – inaczej niż w „awansach” dyplomaty, sprzedawcy, uczestnika gry towarzyskiej lub salonowej wymiany grzeczności i uprzejmości – wzajemność musiałaby być nader dosłowna; rewanż obowiązywałby na tej samej płaszczyźnie. Sprowadzając rzecz do konkretów: podnieta w odpowiedzi na podnietę, pożądanie jako reakcja na pożądanie, całusek za pocałunek, uścisk za uścisk itd. itp., stop. A przecież tu chodzi o dobra zasadnicze – o ciało i duszę; zbyt ważne, żeby były do dyspozycji na każde zawołanie, w odpowiedzi na każdą ofertę. Tu życzymy sobie możliwości wyboru i odmowy. Wszak nie każdy wielbiciel, ochotnik, pretendent, kandydat jest w naszym guście.
Nie wszystkie przejawy kokieterii, próby flirtu, przymiarki do podboju wywołują miły dreszczyk emocji, ciekawości i ochoty. Nie wszystkie „podchody” wywołują chęć sprawdzenia, podjęcia gry i wyzwania czy rozkosznej uległości. Bywa, że i czyjeś starania same w sobie, i towarzyszący im optymizm uznajemy za obraźliwe (Ja – z kimś takim?), budzą w nas niechęć, niesmak, awersję. Tym różni się gra miłosna lub pseudomiłosna od rozgrywki w reklamie, negocjacjach, rozmaitych licytacjach. Bo w nich rewanżujemy się niekoniecznie tym samym dobrem, czasem wręcz innym. Natomiast symetria sprowadza się do reguł wymiany mniej więcej ekwiwalentnej (coś za coś lub przeciw czemuś), do odwzajemnienia intencji (skoro ty mnie, to i ja tobie) i porównywalnej atrakcyjności dóbr albo przysług oferowanych po jednej i po drugiej stronie.
Wróćmy jednak do sympatii lub przychylności pozyskiwanej w kontaktach nie opartych na zasadzie „to samo za to samo”.
Za co konkretnie możemy tak silnie polubić rozmówcę w kontakcie kameralnym, może nawet intymnym; ale też mówcę na podium, artystę na estradzie czy prezentera w studiu telewizyjnym? Zresztą, nawet i sprzedawcę, także natrętnego, byle jego handlowe natręctwo było pełne taktu, inwencji, dowcipu, byle umiał schlebiać i kusić. Otóż lubimy go: (1) za to, że widać, jak stara się zdobyć nasze uznanie. Stara się nam spodobać lub nas przekonać, przez co czujemy się ważni, docenieni – połechtano naszą miłość własną i próżność; (2) za to, że jako starający się o nasze względy nie budzi w nas obrzydzenia i niechęci, nie obraża nas swoim staraniem (nie czujemy się ani zdegustowani, ani np. zdegradowani jego zbliżeniem, spoufaleniem,), a nawet czymś nam zaimponował – mile zaskoczył, wzbudził podziw jakimś efektownym popisem lub zręcznym wyeksponowaniem swych zalet, walorów, przymiotów umysłu, i to w ten sposób, że przy tym nas nie przytłoczył, nie wpędził w kompleksy, nie sprowokował do zazdrości czy zawiści; (3) za to, że umie stworzyć ciepłą atmosferę – taką, że sama rozmowa czy inny sposób obcowania z nim wydaje się czymś ciekawym, a nawet ekscytującym, a nie czymś wymuszonym, nudnym, zmarnowaniem czasu, powodem do zniecierpliwienia i irytacji. Rozmowa, występ okazują się na tyle udane, że bez oporu, a nawet chętnie godzimy się na powtórny kontakt, że również po następnym spotkaniu wiele sobie obiecujemy; (4) za to wreszcie, że z kontaktu z nim wynosimy nie tylko przyjemność, ale i pożytek (a przynajmniej takie mamy wrażenie, przeświadczenie, niechby i złudzenie, iż już przysporzyło nam to jakichś korzyści). Tak właśnie odbieramy pochlebcę czy nadawcę obietnic: już poprawił nam samopoczucie, wzbudził pozytywne oczekiwania, rachuby na przyszłość, może nawet jakieś wielkie nadzieje. I właśnie to sprawia, że czujemy się poniekąd jego dłużnikiem. Za to, co już nam dał (choćby za otuchę, poczucie wsparcia czy przyjemność ze złożonego hołdu) jakoby już mu jesteśmy coś winni.
Wdzięczny kontakt lub popis sprawił, że wdzięczni za atrakcję stajemy się wdzięcznymi (podatnymi) odbiorcami rozmaitych propozycji, także kusicielskich, dwuznacznych czy niestosownych.