Kusiciel-usidlacz żeruje na pragnieniu wzajemności, upośledzonym przez poczucie jednostronnego podporządkowania zakazom, cudzej woli czy bezosobowym oczekiwaniom środowiska - pisze prof. Mirosław Karwat.
 |
Mirosław Karwat |
|
Dr hab. MIROSŁAW KARWAT
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Kusiciel-usidlacz potrafi obrócić kuszonego nie tylko przeciw samemu sobie – rozbrajając jego zahamowania, pozbawiając go samokontroli, przekształcając jego wątpliwości ze wskazaniem „na nie” (lepiej tego nie czynić, nawet nie próbować) w wątpliwości „na tak” (czemu nie sprawdzić, nie spróbować?), a w końcu w brak wątpliwości (wtedy pytanie brzmi, nie czy, ale kiedy i jak). Poza wyłączeniem bezpieczników wewnętrznych (w postaci głosu rozsądku lub sumienia) usuwa również przeszkody zewnętrzne, polegające na tym, że kuszony liczy się z opinią otoczenia, z wymaganiami, naciskami, zakazami ze strony tych, dla których jest partnerem lub podopiecznym, podwładnym. Ustawia się jeśli nie w roli protektora (ja cię będę osłaniał), to w każdym razie w roli suflera i inspicjenta zarazem (teraz możesz, śmiało!).
Kiedy kusiciel-usidlacz może wydać się kimś bardziej wiarygodnym od innych i wręcz bliskim – paradoksalnie bliższym nawet od osób najbliższych, od opiekunów, sprawdzonych dobroczyńców, tym bardziej – od zwierzchników, nadzorców? Otóż dzieje się tak wtedy, kiedy ci bliscy, a tym bardziej obcy w roli strażników zasad, porządku, cnoty, gwarantów dobra podopiecznego odbierani są – irracjonalnie lub z pewną przesadą, a czasem nawet słusznie – jako gnębiciele, prześladowcy, gdyż głównie lub wyłącznie czegoś zabraniają, przed czymś ostrzegają, coś odbierają – na czele z przyjemnością, ciekawością, poczuciem wolności, nadzieją. Jeśli ten stan trwa niezmiennie, to ich atrakcyjność maleje do zera. Ich konsekwencja zdaje się monotonią, nudziarstwem, jeśli nie wręcz zniewoleniem, sadyzmem; a zatem budzi opór, przekorę i wręcz bunt. Z czasem respekt staje się słabszy niż chęć odmiany, sprawdzenia swych sił i postawienia na swoim.
Atutem usidlacza jest więc to, że pojawia się – jak deus ex machina czy też jak spadochroniarz z desantu albo jak pogotowie – „w samą porę”. Nie tylko zgaduje i pielęgnuje pragnienia osoby w rozterce, nie tylko wsłuchuje się w głos i w ukryte myśli zagubionego; nie tylko doradza zgodnie z tłumionymi, ale uporczywie powracającymi oczekiwaniami. W dodatku czyni to wtedy, gdy człowiek na postronku dojrzewa do wierzgania. Tak rozpoczyna się misterium powiernictwa.
Kusiciel-usidlacz żeruje na pragnieniu wzajemności, tak upośledzonym przez poczucie jednostronnego podporządkowania zakazom, cudzej woli czy bezosobowym oczekiwaniom środowiska. W zamian za to, że gotów jest wysłuchać, że dopieszcza tego, kto się przed nim otwiera z myślami, jakich sam się boi i wstydzi, zyskuje gotowość do wysłuchania, podatność na sugestie, wskazówki, podpowiedzi i jawne porady.
Ale to usługi doradcy, nie nakazy, nawet nie nalegania. Zrobisz jak uważasz; bylebyś nie żałował przegapionej szansy, straconej okazji.
Ten „doradca” i „sprzymierzeniec” starannie wybiera obiekt „dopieszczania”.
Mniej ma powodów do zajmowania się tymi, którzy są zaspokojeni, ale połowicznie – gdyż choć ich stan posiadania, dokonania i możliwości są więcej niż zadowalające, to ich miłość własna i próżność odczuwają niedosyt. Aczkolwiek ludzie zachłanni i próżni, którym nigdy dość, to wdzięczna klientela dla animatora pokus i handlarza okazji. Z najlepszym jednak skutkiem obejmuje kuratelę nad tymi, którzy czują się równie niezaspokojeni, jak niedocenieni, stłumieni, stłamszeni. Pielęgnuje ich kompleksy i swoiste pragnienie ukarania, zemsty na tych, którzy ich nie doceniają. Schlebianie urażonej ambicji i pragnieniu awansu – oto klucz do władzy nad innymi.
Obrazowo ujmuje to Tischner w Filozofii dramatu:
„Schlebiać, znaczy: budzić przekonanie, iż człowiek jest godny większego uznania i szacunku, niż uznanie i szacunek, jakie mu ofiarują jego bliscy. Pochlebstwo zmierza do przemiany aksjologicznych przeświadczeń kuszonego, związanych z dotychczasowym systemem uznań. Rozpoczyna: tamci nie mają racji – nie doceniają. Dodaje: jesteś cenniejszy, niż przypuszczasz. I wreszcie: naprawdę tylko ja cię doceniam. I tak już na samym początku pokusy ukazuje się nowa przestrzeń możliwych zawierzeń – nowe kto-z-kim-przeciwko-komu. Ale zmiana ta dokonuje się jakby ukradkiem, w tle rozmowy. Ogniskiem uwagi jest niedoceniona wartość drugiego.”
Te podszepty (nie bój się tych, którzy cię nie doceniają; nie obawiaj się ryzyka, to nic nie kosztuje – albo: nikt się nie dowie; zasługujesz na coś lepszego; przecież sam jesteś ciekaw, sam tego chcesz; tylko spróbuj!), mogą pochodzić nie tylko od dostawcy zakazanych atrakcji (to Mefisto, który przybywa jak kupiec z próbką lepszego życia), ale równie dobrze od węża-doradcy, który tylko „otwiera oczy” na inne możliwości, rozbudza pokusy i wskazuje adres.
Zaprzysiężony zostaje sojusz lisa z kurą.
Mirosław Karwat