Wąż jest ucieleśnieniem zła, przebiegłym, złotoustym wysłannikiem szatana. Nakłania do grzechu równie skutecznie, jak bezkarnie, bo podstępnie. Prosi? Nie. Rozkazuje i straszy? Nie. Oszukuje? Nie. - pisze Mirosław Karwat.
 |
Mirosław Karwat, profesor Uniwersytetu Warszawskiego |
|
MIROSŁAW KARWAT
Istnieją dwa wcielenia kusicieli-usidlaczy.
Pierwsze – to wąż; drugie – Mefisto.
Różnica pomiędzy nimi jest zasadnicza. Ten sam cel (usidlenie, zwabienie w pułapkę, namówienie kogoś do grzechu) osiągają w odmienny sposób.
Co prawda, w ich odmiennych taktykach też występuje element wspólny – a jest nim natręctwo oddziaływania, wytrwałe drążenie skały, monotematyczne osaczanie „klienta” wciąż tą samą kwestią, żerowanie na jego obsesyjnie przeżywanej fascynacji czymś i niezaspokojeniu pod jakimś względem. Wstępem do skuszenia jest tak czy inaczej spowodowanie, aby „podopieczny” myślał tylko o jednym. A jeśli nawet formalnie temat jego myśli, przedmiot jego spostrzeżeń, wrażeń i namysłu pozostaje wieloraki, to i tak kusiciel okazuje się mistrzem kanalizacji. Sprawia bowiem, że wszystko tak czy inaczej kojarzy się komuś tylko z jednym, z obiektem zaintrygowania, pragnień, pożądania (jak u erotomana: czy to będzie gruszka, czy wiolonczela, wiadomo, o jakie kształty chodzi).
Poza tym jednak Wąż i Mefisto kuszą inaczej.
Wąż działa na wpół skrycie, na wpół jawnie. Jest natrętny w swej obecności, w swej gotowości wsparcia kogoś w myśleniu, w rozstrzyganiu dylematów i rozterek, dość apodyktyczny w swych komentarzach. Ale zachowuje pozory, że to tylko dygresje, pytania, porównania i hipotezy. Atakuje czułe miejsca i słabe strony człowieka w rozterce, który i chciałby czegoś, i zarazem wstydzi się swego pragnienia, i obawia się konsekwencji sprawienia sobie przyjemności wbrew zakazom i ostrzeżeniom. Ale czyni to jako ktoś z boku, jako postronny, a więc i bezinteresowny. W rzeczywistości spełnia rolę suflera w przedstawieniu przebiegającym według z góry ustalonego scenariusza, zgodnie z dyrektywami reżysera rozgrywki. Tyle tylko, że ten sufler jest odbierany przez odbiorcę sugestii jako dyskretny powiernik, doradca i sojusznik. Adresat słucha jego wskazówek i podpowiedzi, zresztą, zawoalowanych jako rozważania rzekomo niczego nieprzesądzające; ale słucha go nieoficjalnie, „prywatnie”, a nie jako czyjegoś wysłannika, który chce go przeciągnąć na drugą stronę.
Natomiast Mefisto działa jak spadochroniarz, który ląduje we właściwym miejscu i czasie z całym straganem, odgaduje, a raczej z góry zna „popyt” swej potencjalnej klienteli. Nęci swą atrakcyjną ofertą, lecz nie kończy – jak Wąż – na roztoczeniu miraży powodujących zawrót w głowie i nastawienie „muszę to mieć, za wszelką cenę”, lecz od tego jedynie zaczyna; a zwieńczeniem dzieła jest promocyjna oferta nie do odrzucenia, o którą zresztą nadal można się targować, byleby dobić targu.
Wąż to podjudzacz, który naprowadza na grzeszne marzenia, zamiary, plany, postanowienia i postępki, ale gdyby miał stanąć przed sądem, byłby tam nie oskarżonym czy przynajmniej współoskarżonym, lecz co najwyżej świadkiem.
Biblijna alegoria węża oparta jest na czytelnym kodzie symbolicznym.
Wąż jest ucieleśnieniem zła, przebiegłym, złotoustym wysłannikiem szatana. Nakłania do grzechu równie skutecznie, jak bezkarnie, bo podstępnie. Prosi? Nie. Rozkazuje i straszy? Nie. Oszukuje? Nie do końca; w jego diagnozach jest sporo prawdy, przewidywania i zapowiedzi po drodze okazują się realistyczne, a podszepty, zawoalowane rady są nader logiczne. Zostaje wysłuchany (a potem posłuchany), gdyż mówi o tym, o czym rozmówca chce słuchać i o czym sam – zakłopotany nieco („chciałbym, ale nie wolno, nie wypada”) – rozmyśla i marzy. Zachęca, ośmiela, prowokuje do „samodzielności” (to znaczy do tego, aby na przekór innym słuchać jego zaleceń). Na złą drogę naprowadza wąż nie rozkazem, wskazówką, lecz wątpliwościami i odwróceniem porządku. Odwraca porządek w tym sensie, że człowiekowi skrępowanemu zakazami i rozterkami, oswojonemu z myślą, że powinien przynajmniej uzasadnić, dlaczego chce i gotów jest naruszyć tabu, wpaja odwrotny kierunek myślenia, oparty na pytaniu „a dlaczego nie?” (to inni niech mi powiedzą i niech mnie przekonają, dlaczego czegoś nie powinienem lub dlaczego muszę z czegoś zrezygnować).
Taktykę węża („jesteś tego warta”) łatwo dziś rozpoznać w subtelniejszych formach reklamy. Sam zamiar zachęty nie jest zupełnie niewidoczny, ale osłonięty schlebianiem. To zupełnie inny styl zwrotu do klienta niż wezwania naganiaczy brzmiące jak komendy na apelu porannym: Odkryj! Poznaj! Spróbuj! Zaoszczędź, czyli wydaj pieniądze! Pośpiesz się, obyś zdążył!
Ten finezyjny prowokator nie osiągnąłby swojego celu, gdyby posługiwał się mową wyraźną, jednoznaczną, tzn. gdyby czytelne były jego intencje, gdyby formułował jawne oceny i zalecenia. Jego siłą jest zdolność wzbudzenia niepokoju, zainteresowania „owocem zakazanym”, przekornego zaciekawienia. A to zalążek gotowości do przeciwstawienia się wymaganiom, do naruszenia norm, zakazów, rozmaitych tabu. Ten, kto z początku mówi sobie: „Ja tylko popatrzę, powącham, spróbuję”, w następnym ruchu sięga po przedmiot pokusy pełną garścią. Sugestywność węża idzie w parze z asekuracją: on tylko „pomaga pomyśleć”. Osiąga swój cel przez spowodowanie sublimacji wyobrażeń i uczuć, np. takiej, że bodziec seksualny przekłada się na zachłanność lub obżarstwo.
Biblijna alegoria jest więc niezwykle trafna. Oparta jest na uzasadnionych analogiach. Wąż, jak wiadomo, ma rozdwojony język; w przenośni chodzi o mowę dwoistą, o komunikat, któremu słowa nie tylko nadają pewien sens, ale równie dobrze temu zaprzeczają, o przeciwstawny odbiór tych samych słów u różnych słuchaczy, jednakowo przy tym zadowolonych. Drugi aspekt przenośni to analogia między fizyczną oślizłością węża i zygzakowatym sposobem poruszania się a pokrętną i wykrętną formą komunikacji. Spróbujcie złapać kogoś, kto tak zwinnie się wije, a przy tym skórę ma śliską. Spróbujcie złapać za słowo i osądzić kogoś, kto nie powiedział tego, co powiedział.
Niektóre węże są jadowite. Jadowite jest też niemal każde słowo ludzi-węży, gdyż działa albo jak ukąszenie, jak trutka, albo jak narkotyk.
Mirosław Karwat