Established in 1999
Pierwszy i jedyny magazyn lobbingowy w Polsce
The first and only lobbying publication in Poland

SZTUKA MANIPULACJI

Atrakcyjni inaczej
Jesteśmy podatni na fasady, zewnętrzne pozory i konwenanse nakazujące udawać dobrze widziane intencje i zwyczaje oraz udawać, że wierzymy w to, co jest właśnie konwenansem albo elegancką oprawą dla fałszu - pisze Mirosław Karwat.
Dr hab. Mirosław Karwat, profesor Uniwersytetu Warszawskiego

MIROSŁAW KARWAT

Naturalny sposób rozumienia atrakcyjności rzeczy, zdarzeń lub osób wiąże się z tym, że wydają nam się interesujące i pociągające. Dodajmy, pozytywnie pociągające.

Czy można kogoś pociągać (przyciągać, nęcić) negatywnie? Owszem, można. Na tej zasadzie pociąga nas ktoś, kto zarazem odpycha i intryguje – bo wzbudzoną odrazą, wstrętem czy zakłopotaniem wzbudził zarazem niepohamowaną ciekawość, sprowokował do licytacji (pokażę temu obrzydliwcowi, że to ja jestem lepszy, lepsza) lub rewanżu – a tym samym do… przedłużenia kontaktu. Tak go nie znoszę, że nie mogę od niego oczu oderwać, nie mogę o nim nie myśleć, bo nie mogę  zrozumieć, jak można być kimś takim. I w ten sposób… połknęliśmy przynętę. Obiekt odpychający całkowicie nas zaabsorbował i wciągnął do swojej gry. Na tym między innymi polega paradoks „powodzenia” w zawodach miłosnych, że pogromcą cudzych serc okazuje się często osoba zupełnie nieatrakcyjna pod względem cech fizycznych (urody, sprawności), a nawet i psychicznych (przykładem impertynent i wręcz cham, na którego „lecą” kobiety). A zdarza się też, że zaskakująco skutecznie uwodzi ktoś, kto z rozmysłem obrał emploi nieudacznika, wręcz pierdoły, aby przyciągać i uzależniać od siebie kobiety przepojone współczuciem i instynktem opieki, i na tych siostrach miłosierdzia pasożytować. Według pierwszej oceny jest wyjątkowo nieatrakcyjny (niepociągający, odpychający albo żałosny, godny politowania), tymczasem wykazuje zadziwiającą siłę przyciągania. To paradoksalna forma atrakcyjności.

Trzeba więc zrewidować stereotyp atrakcyjności. Powszechnie zakłada się jako oczywistość, że jeśli coś lub ktoś nam się podoba, budzi sympatię i wzbudza w nas pociąg ku sobie, to po prostu dlatego, że taki (lub takie) jest, sam(o) przez się. Podoba nam się, bo jest ładny (ładna), lubimy go słuchać, bo mówi ciekawie, a przy tym mądrze, z przyjemnością go oglądamy w tańcu, bo ma bezpretensjonalny wdzięk itp.

Owszem, takie zjawiska się zdarzają, ale są większą rzadkością niż podpowiada nam siła wywołanych wrażeń. Jednak można nie tylko wydać się atrakcyjnym, lecz i realnie stać się atrakcyjnym nie mając żadnych zalet i przewag, które uchodzą za tytuł do zainteresowania, uznania, podziwu. Można wzbudzić fascynację innych osób i całych grup nie posiadając naturalnego i autentycznego kapitału urody, wdzięku, taktu, uroku osobistego. Można urzekać i wodzić za nos masy nie mając prawdziwej charyzmy, oryginalności, proroczej mądrości i przenikliwości. Można mieć reputację fachowca, specjalisty, ba, najlepszego w zawodzie bez posiadania, potwierdzenia i sprawdzenia wyjątkowej czy choćby oczywistej elementarnej kompetencji. Można zyskać status wzoru osobowego (zasłużonego bojownika, bohatera, męża opatrznościowego) bez zgromadzenia na swym koncie jakichkolwiek cenionych społecznie osiągnięć i znakomicie obywając się bez istotnych przymiotów moralnych – w rodzaju szlachetności, odwagi, wzorowej pracowitości i solidności.

Jesteśmy podatni na fasady, zewnętrzne pozory i konwenanse nakazujące udawać dobrze widziane intencje i zwyczaje oraz udawać, że wierzymy w to, co jest właśnie konwenansem albo elegancką oprawą dla fałszu. Toteż obok tej naturalnej i zgoła samoistnej atrakcyjności (o tyle autentycznej, że korzystne wrażenie i satysfakcja z obcowania są  adekwatne do rzeczywistych cech osoby czy grupy) przebija się łokciami atrakcyjność oparta bądź na tupecie i natręctwie (moją pewnością siebie i ekspansywnością wmówię wam, że jestem atrakcyjny/a/, zmuszę was, by się mną interesować, a nawet, by o mnie zabiegać), bądź na wykorzystaniu cudzej interesowności (jestem dla was atrakcyjny, bo wydaje wam się, że właśnie ja mogę wam coś dać, ułatwić lub coś załatwić).

W tym drugim przypadku – atrakcyjności instrumentalnej – triumfy święci zasadza użyteczności – potencjalnej lub realnej, prawdopodobnej, domniemanej lub zgoła złudnej.

Głupio to przyznać, ale większość z nas (jeśli nie wręcz każdy z nas) przy zapoznaniu się z kimś i podczas późniejszych kontaktów kieruje się wprawdzie nieelegancką moralnie, ale dość praktyczną, interesowną przesłanką selekcji. Przetwarzamy informację o kimś przez pryzmat swojego zapotrzebowania: Do czego mi się ta znajomość lub więź może przydać, względnie: w czym może przeszkodzić, zaszkodzić? W czym ten ktoś może mi pomóc, co może załatwić (zwłaszcza w sprawach, w których moje starania są bezskuteczne lub w ogóle leżą poza zasięgiem moich możliwości)? I według tego klucza zapamiętujemy imiona i nazwiska, dane kontaktowe, trzymamy na wierzchu wizytówki, lub przeciwnie: kasujemy w pamięci dane już w chwili prezentacji; skreślamy z listy obiektów zainteresowania osoby może nawet życzliwe i sympatyczne, lecz nam obojętne, w ogóle nieprzydatne, bo nie mające związku z naszymi sprawami, pozbawione wpływów; pomijamy kogoś w książce adresowo-telefonicznej na kolejny rok. Owszem, pozostają w naszej kartotece niektóre osoby zbędne, niewygodne nam, kłopotliwe w obcowaniu lub wręcz przez nas nielubiane – ale o tym decydują już inne czynniki, np. krępujące zobowiązania, normy poprawności w stosunkach rodzinnych, sąsiedzkich i towarzyskich, niemożliwe do zupełnego zignorowania więzy pokrewieństwa itp. A na sympatie lub przyjaźnie przynajmniej względnie bezinteresowne stać tylko tych spośród nas, którzy mają wystarczająco silne poczucie własnej wartości, w dodatku niezakłócone przez poczucie uzależnienia od „układów”, zagrożenia, skurczenie stanu posiadania.

Ten, kto ma „możliwości” dla nas samych cenne (czy to będzie jego władza, wpływowa pozycja w jakiejś hierarchii, czy majątek, czy choćby znajomości wymiernie przeliczalne na rozmaite korzystne transakcje, wymianę dóbr i przysług), staje się potrójnie atrakcyjny. Po pierwsze, ze względu na podziw i respekt, jaki wzbudza (nawet jeśli podszyty jest zazdrością, zawiścią, niesmakiem z powodu przekonania, że właśnie on najmniej na to zasłużył). Respekt lub podziw wzbudzony szczególnie popisem jego pewności siebie, sprawności, zapobiegliwości, a zwłaszcza tym, jak łatwo mu przychodzi to, co dla nas jest nieosiągalne lub co z naszej strony wymagałoby nadzwyczajnych starań, wysiłków nie dających zresztą gwarancji powodzenia. Choćby niechętnie, uznajemy jednak tę jego przewagę i to skłania nas do pokory, nawet serwilizmu w roli petentów, potencjalnych pochlebców i lizusów próbujących zasłużyć na nagrodę, na okruch z wielkopańskiego stołu. Po drugie, ze względu na to, co może ułatwić lub załatwić. A po trzecie, ze względu na wzbudzane nadzieje tudzież… wdzięczność, a przynajmniej poczucie zobowiązania. Wszak w zamian za jego ewentualną przychylność czy łaskawość jesteśmy mu coś winni. Co? Przynajmniej wzajemną przychylność, zaufanie, posłuch wobec jego potencjalnych oczekiwań, próśb lub propozycji. Ale to poczucie zobowiązania sięga głębiej. Nie lubimy przecież wiedzieć i myśleć o samych sobie, że jesteśmy interesowni i w tej interesowności fałszywi, a nawet pozbawieni godności. Musimy sobie poprawić samopoczucie samozakłamaniem. Musimy wmówić sobie, że szczerze wierzymy w przymioty swego potencjalnego protektora, że podziwiamy go za to, jaki jest, a nie za to, że może nam coś załatwi, że po prostu go lubimy. Zresztą, to nie jest takie głupie. Dzięki temu psychicznemu samogwałtowi nasza kreacja (tzn. adoracja wszechmocnego ze strony petenta) jest bardziej sugestywna. Może zagramy na jego próżności.

Mirosław Karwat

 

 

 

Bardzo jęczliwy utwór 
Boba Dylana 

 Romance in Durango
Oto jest, dla przypomnienia


W zakładce Linki
  pod numerem 10. 
 

Komentarze, felietony, eventy

IMR ADVERTISING BY PR
Bluszcz receptą na kaszel
IMR advertising by PR tym razem przedstawiła dziennikarskiej braci syrop Hedelix oraz pastylki Regulax. Gościnnych progów użyczyła restauracja St. Antonio w Ogodzie Saskim. Gospodarzem spotkania był Tomasz Stockinger. całość...
DANIEL GUEGUEN W KSAP-ie
Lobbing w europejskim stylu
Daniel Gueguen, europejski lobbysta i Europejczyk powiedział studentom Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, iż opanowanie strategii i techniki wywierania wpływu jest trudną, ale satysfakcjonującą sztuką. całość...
GRANICZNE ABSURDY
Dyskryminacja pieszych i rowerzystów
Polska z premedytacją przyzwala na dyskryminację osób, które chciałyby przekroczyć granicę z Ukrainą pieszo lub rowerem. Nawet nowe przejścia graniczne są projektowane bez uwzględnienia punktów odpraw pieszych i rowerzystów. całość...
SZTUKA MANIPULACJI
Atrakcyjni inaczej
Jesteśmy podatni na fasady, zewnętrzne pozory i konwenanse nakazujące udawać dobrze widziane intencje i zwyczaje oraz udawać, że wierzymy w to, co jest właśnie konwenansem albo elegancką oprawą dla fałszu - pisze Mirosław Karwat. całość...
LEKTURY DECYDENTA
"Przejrzeć Anglików"
Świetna lektura dla snobów: poznajemy Anglików i możemy pozować na niektóre (może te dobre?) cechy wyróżniające ten naród. Autorka śmieszy, obnaża, ale daje dobrą wiedzę o wyspiarzach - ich zaletach i przywarach. całość...


© DAZ PRESS 2007 | Serwis optymalizowany do 1024x768+, windows-1250

Home | O nas | Archiwum | Lobbing | Linki | Kontakt

Jesteś naszym 1114752 Czytelnikiem.