Ten, kto bywa w „wielkim świecie” (może to być kelner, który „obsługiwał angielskiego króla”), ocieka jego lukrem, błyszczy jego kandelabrami - pisze prof. Mirosław Karwat.
 |
Profesor Mirosław Karwat |
|
Prof. dr. hab. MIROSŁAW KARWAT
Uniwersytet Warszawski
Różnicę między samoistną wartością i atrakcyjnością osób, dzieł lub przedmiotów użytkowych a ich atrakcyjnością jedynie kontekstową, zależną od otoczenia, tła lub jakiegoś kontrastu, względnie od okoliczności obcowania z nimi, dobrze zilustruje nam pewna analogia. Zastanówmy się mianowicie, od czego zależy nasz podziw lub zaciekawienie obrazem wyeksponowanym w galerii, tym bardziej – zafascynowanie lub respekt (To dopiero dzieło! To są te wrażenia, dla których warto było tu przyjść!). Jak powszechnie wiadomo, znikomą część publiczności przewijającej się przez wystawy stanowią sami artyści (koledzy po fachu twórców), krytycy oraz inni znawcy i smakosze sztuk pięknych. Pozostali natomiast, przytłaczająca większość tej „frekwencji” to znajomi, wycieczki szkolne oraz snobi, których zadęcie jest proporcjonalne do ich dyletantyzmu i faktycznej obojętności wobec dzieła (nieobojętne jest im tylko to, czy zostanie zauważone, gdzie oni bywają, z kim się mijają, kogo lub co widzieli z bliska).
W przypadku tych wypełniaczy sal stale powraca znany, stary dylemat: czy dany obraz podoba im się sam w sobie, czy dlatego, że ma efektowne lub wyraźnie drogie ramy (podkreślające, że jest on luksusem), czy też może dlatego, że korzystnie kontrastuje z obrazem z prawej i z obrazem z lewej; a może dlatego, że w półcieniu powstaje wrażenie blasku? Może wyłącznie dlatego, że o tym malarzu przynajmniej coś kiedyś słyszeli, podczas gdy o istnieniu innych nie mieli pojęcia, lecz i teraz nie czują takiej potrzeby.
A może i to wszystko nie ma żadnego znaczenia, natomiast bardzo nas pobudza i porusza towarzystwo, w jakim to oglądamy? W innym towarzystwie lub bez tego towarzystwa ten obraz w ogóle nie zwróciłby naszej uwagi albo oglądalibyśmy go całkiem obojętnie. Jednak jeśli jesteśmy zaszczyceni tym oglądającym towarzystwem, to oglądamy ten obraz wraz z tym towarzystwem (socjetą, śmietanką, elitą), pozostając pod silnym wrażeniem nie tyle obrazu, ile tego, kto się emocjonuje tym obrazem. Co więcej, staramy się nań patrzyć oczami tego towarzystwa, a przynajmniej tak, jak się patrzy na rekwizyty, dodatki podkreślające splendor tego towarzystwa.
To właśnie na tej zasadzie może nam zaimponować lub budzić respekt kamerdyner jaśnie pana hrabiego, którego mamy zaszczyt być sąsiadem. Albo też jego portier czy kelner przyczyniający się swą pracą do splendoru pałacu – swego miejsca pracy. Czy dlatego, że ten kamerdyner (portier, kelner) wydaje nam się kimś ciekawym, wyjątkowym, oryginalnym? Nie, dlatego, że to on może nas wpuścić i zaanonsować lub popędzić sprzed drzwi. Czy to ta władza kamerdynera lub portiera nam tak imponuje? Także nie. Ona co najwyżej budzi respekt; natomiast imponuje nam ten, kto zatrudnia kamerdynera, portiera, osobistego kelnera. Jednak – gdy już obcujemy raczej z kamerdynerem pana hrabiego niż z panem hrabią – może nam wydawać się, że per procura liznęliśmy co nieco z tego hrabiostwa.
Atrakcyjność ludzi osobiście nieatrakcyjnych (ani fizycznie, ani umysłowo) może więc wynikać z przeniesienia na nich respektu lub podziwu dla środowiska, w jakim się obracają lub konkretnych osób, z którymi mieli lub nadal mają osobistą styczność. Ten, kto bywa w „wielkim świecie” (może to być kelner, który „obsługiwał angielskiego króla”), ocieka jego lukrem, błyszczy jego kandelabrami. Po pierwsze, należy – tak czy inaczej – do kręgu tych, których tam wpuścili. Wrażenie niezwykłości dotyczy nie tylko prominentów, ale i osób z zaplecza. Sprzątaczka Jej Królewskiej Mości to nie jest jakaś tam sprzątaczka z dworca niegłównego. Po drugie, ma o czym opowiadać.
Znajomy osobistości powszechnie znanej zyskuje nad otoczeniem wiadomą przewagę (ja go znam osobiście, a nie z gazet; ja bywam u niego w domu; razem chodziliśmy do szóstej klasy), przez co też staje się nie byle kim. W każdym razie oczywisty wydaje się jego status określony w zaproszeniu do klubu szkolnego lub biblioteki publicznej na spotkanie z interesującym człowiekiem. Co w nim jest interesującego? To, co nas interesuje w tym, co ma do powiedzenia o innych, którzy nas interesują. Tę regułę znakomicie potwierdza dzisiejszy chłonny rynek wydawniczy. Każdy dziś pisze książkę, a bestsellerem na pewno zostanie dzieło pt. Byłem prawym butem Hansa Klossa.
To typowa atrakcyjność zapożyczona.
Reguła atrakcyjności rekwizytowej lub zapożyczonej od dawna już rządzi światem „plutokracji” (gdzie o wartości człowieka rozstrzyga stan konta). Rządzi też światem mody (gdzie – wbrew mądrości potocznej i optymizmowi pedagogów – szata nie tylko zdobi człowieka, nawet pustego lub brzydkiego fizycznie czy moralnie, lecz zgoła decyduje o tym, czy jest godny szacunku, podziwu). A dziś jest również regułą w mikroświatku celebrytów. Tu obowiązuje proste kryterium: jestem „kimś” (kimś znanym i przedmiotem jakoby powszechnego zainteresowania) nie ze względu na walory swego umysłu, dokonania twórcze, a choćby tylko bezproduktywnie używaną inteligencję (jakiż on dowcipny!), lecz ze względu na to, w jakim towarzystwie się obracam, z kim się przyjaźnię lub kłócę, czyim jestem aktualnym lub byłym narzeczonym, kochankiem, o kim mógłbym pikantnie opowiadać, wszystko jedno, nawet wiarygodnie zmyślać. To światek, w którym nie trzeba samemu świecić, aby zaistnieć i wywołać zainteresowanie; wystarczy być (w odpowiednim miejscu, czasie i towarzystwie, być w telewizji i na okładkach) i świecić światłem odbitym. Uczestnicy takiego high life’u oświetlają siebie nawzajem na podobnej zasadzie, jak w egipskim grobowcu światło wzbudzają kolejne odbicia luster z innych luster. A jeśli dokładnie się przyjrzeć tym luminarzom z okładek, to nikt spośród nich nie świeci – ich wszystkich oświetlił błysk flesza.
Mirosław Karwat