Gigant karleje, gdy wciska się do budki krasnoludków. Mądrala wcale nie triumfuje w dyskusji z udziałem mętniaków i głupców, lecz przez widzów zaliczany jest do uczestników medialnego bełkotu i bicia piany - pisze Mirosław Karwat.
 |
Prof. dr hab. Mirosław Karwat, Uniwersytet Warszawski |
|
PROF. DR HAB. MIROSŁAW KARWAT
Zasadę kontrastu stosują najczęściej – jako swoją taktykę autopromocji, jako sposób zwracania na siebie uwagi i sugerowania swojej atrakcyjności – nie osoby zupełnie nieatrakcyjne (z określonego punktu widzenia) lub jedynie w znikomym stopniu posiadające pożądane walory, lecz osoby po prostu przeciętne, pospolite z punktu widzenia danych kryteriów urody, elegancji, inteligencji. Np. osoby „niebrzydkie”, ale potrzebujące dopiero specjalnego wyeksponowania i właśnie dobrej oprawy, aby w ogóle zostały zauważone i wzbudziły zainteresowanie, nie mówiąc już o wrażeniu piękna i pożądaniu. Podobnie: osoby „niegłupie”, tzn. inteligentne, kompetentne w swojej dziedzinie, wyposażone w pewne zdolności (jednak nie na miarę talentu, który rzucałby na kolana, geniuszu), które nie przebiją się same z siebie powodu swej oryginalności ani też przebojowości, ale z pewnością zabłysną wtedy, gdy mają za partnera kogoś ociężałego.
O ile atrakcyjność „porównawcza” umożliwia nawet mocno naciąganą relatywizację oceny (niezbyt ładna wydaje się aż ładna w porównaniu ze swoją koleżanką czy rywalką; elementarnie wykształcony wydaje się „świetnie wykształcony” w porównaniu z dyletantem, a tym bardziej z nieukiem, ignorantem,), o tyle atrakcyjność kontrastowa pozwala podbić stawkę i zapewnić sobie awans z przeskokiem (o kilka szczebli, a nie o jeden) dzięki przeciwieństwu ze starannie dobranym dopełnieniem-tłem.
Twoja koleżanka to nic szczególnego, a mówiąc szczerze – brzydula; ale ty jesteś doprawdy ślicznotką. Twój kolega jest jakiś mizerny, niezgrabny i chyba słusznie nieśmiały, za to ty jesteś świetnie zbudowany, wysportowany, dowcipny, pewny siebie – prawdziwy mężczyzna z marzeń, „ciacho”. Twój kolega współstypendysta jest niezbyt rozmowny, pewnie dlatego, że, jak widać i słychać, słabo jeszcze opanował język gospodarzy; za to ty swobodnie rozmawiasz, żartujesz w trzech językach i gadasz bez końca (mniejsza o to, że w żadnym języku nie masz nic istotnego do powiedzenia) – przez to przeciwieństwo między lingwistyczną biegłością i elokwencją a nieporadnością zdajesz się nie tylko poliglotą, ale i błyskotliwym mózgowcem.
Jednak każda broń jest obosieczna, przez nieuwagę można sobie zrobić krzywdę. Tak też jest w przypadku, gdy ktoś lekkomyślnie nadużywa taktyki kontrastowania.
„Znaj proporcję, Mociumpanie”.
Gigant karleje, gdy wciska się do budki krasnoludków. Mądrala wcale nie triumfuje w dyskusji z udziałem mętniaków i głupców, lecz przez widzów zaliczany jest po prostu do uczestników medialnego bełkotu i bicia piany. Opromieniony sławą i obdarzony autorytetem twórca lub krytyk konsumujący swój dotychczasowy sukces jako juror w konkursie dla uzdolnionych inaczej albo w turnieju celebrytów (jak oni tańczą, śpiewają, jak się męczą, gdy się popisują) nie wyrasta ponad nich nawet przy najostrzejszych swoich ocenach (choć może liczyć na okazję do wielokrotnego potwierdzania swojej wyższości przez marność ocenianych), lecz zamienia swoją renomę na wizerunek króla kiczu, protektora bezguścia, skoro je firmuje swoim udziałem w programie.
Zbyt długi orszak budzi nie podziw i respekt dla ważnej figury, lecz niesmak, politowanie, poczucie śmieszności z powodu widocznej megalomanii i niewspółmierności tego cesarskiego przepychu do rangi starosty, burmistrza czy dyrektora spółdzielni mleczarskiej. Wzięty autor publikujący wszędzie, gdzie tylko się da, nie jest odbierany jako ktoś najlepszy i niezastąpiony i jako ktoś, kto zaszczyca te kolejne łamy, lecz jako bezgranicznie i żenująco zachłanny chałturnik. Chciałby uchodzić za mentora, za autorytet, tymczasem inni widzą w nim ucieleśnienie próżności i braku umiaru. Gwiazdor dyskontujący swoją sławę i popularność objazdami po kraju i ozdabianiem wszelkich możliwych festiwali w dowolnym powiecie i gminie przestaje być postrzegany jako spadochroniarz z wielkiego świata, a zaczyna – jako król zaścianka.
Kontrast jest zbawienny dla pretendenta do atrakcyjności – ale tylko tak długo, dopóki chodzi o kontrast między jego walorami a słabościami partnerów, rywali, otoczenia. Staje się pułapką i przekleństwem, gdy ten pretendent nie zauważy, że wbrew swym intencjom sam wysunął na plan pierwszy kontrast między swoimi ambicjami a ty, w co się uwikłał.
Mirosław Karwat