Z pozoru oczywisty i zbędny zwrot grzecznościowy robi wielkie wrażenie na rozmówcy, wywołuje w nim uniesienie bliskie orgazmu. Tak jest z debiutantami w nowej roli, którzy nie mogą nacieszyć się awansem - pisze Mirosław Karwat.
 |
Mirosław Karwat, profesor Uniwersytetu Warszawskiego |
|
MIROSŁAW KARWAT
Kto chwali, tym samym schlebia. Ale cóż to właściwie znaczy ‘schlebiać’?
Wiele podpowiada etymologia. Nie przypadkiem rdzeniem tego wyrazu jest... chleb. Bo też chodzi o chwalenie „dla chleba”. Nawet pochwała zasłużona i rzetelna, służąca bardziej chwalonemu niż chwalącemu, nie jest, wbrew pozorom, bezinteresowna. Wyrażamy uznanie i zachęcamy także z myślą o własnej, a nie tylko o cudzej i wspólnej korzyści. Chwalimy, bo chcemy w kimś umocnić to, co nam samym odpowiada i podtrzymać wzajemne zaufanie, życzliwość. Jednak typowe schlebianie służy bardziej interesom chwalącego niż chwalonego. Schlebiamy komuś, gdy chwaląc go - lub w inny sposób podnosząc jego wartość, rangę, podkreślając jego atrakcyjność – chcemy osiągnąć jakąś własną korzyść dzięki temu, że skłoniliśmy go do wygodnego dla nas postępowania lub w pewnym sensie wymusiliśmy odwzajemnienie życzliwości.
Schlebianie, jak wszelka komunikacja z innymi, może mieć różnoraką postać: werbalną, ale i pozawerbalną. Mogą to albo być układne lub wręcz apologetyczne wypowiedzi skierowane wprost do osoby chwalonej (z własnej inicjatywy, jak i w odpowiedzi na pytanie spragnione przyjemnego potwierdzenia), albo pochlebne komentarze do wypowiedzi lub dzieł osoby chwalonej (w jej obecności lub pod nieobecność), albo wymowne gesty konwencjonalne i sugestywne znaki mimiczne, z których ma przebijać uznanie, respekt, podziw, zaszczycenie czyjąś obecnością i kontaktem z kimś tak wartościowym, tak zasłużonym, tak niezwykłym.
Można wyróżnić co najmniej pięć form schlebiania.
Pierwszą jest używanie szczególnych form i formułek grzecznościowych; zwłaszcza nachalne akcentowanie tytułów i stopni zawodowych, które mają podkreślać, jak ważny lub poważny wydaje nam się nasz rozmówca. Panie generale, panie profesorze, księże dobrodzieju, pani redaktor, łaskawa pani, panie premierze (to do osoby, która była premierem przez dwa tygodnie)... Bywa, że ten z pozoru oczywisty i zbędny zwrot grzecznościowy robi wielkie wrażenie na rozmówcy, wywołuje w nim uniesienie bliskie orgazmu. Tak jest szczególnie z debiutantami w nowej roli, którzy nie mogą nacieszyć się swoim awansem. Ale i starzy wyjadacze, pozornie znudzeni swym statusem, lubią te rytualne ukłony. I nagradzani w ten sposób gotowi są do nagrody w postaci życzliwości.
Podobny charakter ma forma druga, skierowana jednak do jakiegoś zespołu, grupy lub publiczności: wygłaszanie gorliwych podziękowań za zaproszenie, za wybór na stanowisko, za dopuszczenie do towarzystwa, podkreślanie zaszczycenia udziałem w obradach itd.
Możliwe jest też schlebianie bezpośrednie i można by rzec frontalne, w postaci pochlebstwa właśnie , czyli pochwały interesownej, natrętnie hołdowniczej, nieszczerej i „przesadnie przesadzonej”.
Inną formą schlebiania jest przypodobanie się pośrednie - na zasadzie „ja też”. Na przykład ktoś daje nam do zrozumienia, że myśli podobnie jak my, że podziela nasze poglądy, wyobrażenia, sympatie i antypatie, oceny. W ten sposób dodaje nam otuchy i utwierdza nas w przeświadczeniu, że myślimy lub postępujemy słusznie, czego dowodem – zamiast merytorycznej argumentacji – ma być sam w sobie fakt, że są ludzie zajmujący podobną postawę. Ten sposób schlebiania jest dość znany i popularny, a powszechnie stosowany na przykład w demagogii. Na opinię swojaka i zaufanie zapracowujemy nie tylko przez dusery, ale właśnie przez „solidaryzowanie się”, małpie naśladownictwo, przywoływanie – jak wspólnych znajomych – zgodnie uznawanych w danym kręgu autorytetów. To również popularny chwyt – wśród kabareciarzy, mówców wiecowych itp.
Istnieje też schlebianie paradoksalne. Polega ono na tym, iż ktoś wprawdzie nie składa nam hołdu czy też nie okazuje adoracji, bo formalnie to on jest dla nas autorytetem, przewodnikiem, mentorem, wyrocznią, ale w rzeczywistości uświęca tym swoim autorytetem nasze poglądy, oczekiwania, prawy obiegowe. A zresztą, tylko pod tym warunkiem pozostaje autorytetem. Schlebia nam, gdy taki mędrzec, taki specjalista albo taki święty człowiek wypowiada jak na zawołanie i na zamówienie opinie, których od niego oczekujemy i wymagamy. Co prawda, gdyby odważył się zakwestionować jakiś sąd powszechny, jakieś obiegowe wyobrażenie lub dominujące w danym kręgu uprzedzenie, a zwłaszcza upierać się przy czymś, co byłoby dla nas niewygodne, to ukaralibyśmy go dystansem i wątpliwościami, czy nadal jest tak miarodajny i autorytatywny. Ale dopóki dostosowuje się do naszych życzeń, chętnie okazujemy mu cześć. Ważna figura, która nie może sobie pozwolić na niezależność i płynięcie pod prąd tendencji przesądzonej w środowisku, która jest tak samo konformistyczna jak każdy osobnik w stadzie (choć uchodzi za przewodnika stada), w trosce o zachowanie statusu i o zwykły święty spokój schlebia nam właśnie, pod przykrywką autorytatywnych pouczeń. Guru grzecznie czyta z kartki, a my wzruszeni jego przenikliwością (to znaczy tym, że tak finezyjnie i górnolotnie uzasadnia coś, co dla nas jest z góry oczywiste) uznajemy nawet, że nas poucza i zaszczyca.
Mirosław Karwat