Miał rację zmarły nie tak dawno amerykański profesor historii Stephen E. Ambrose, gdy mówił, iż pisania historii nie wolno oddawać w ręce kombatantów. Jako miłośnik i wybitny specjalista tematu II wojny sam o tym wiedział najlepiej. Kombatanci zawsze, nawet po 60 latach, mają na kartach literatury do załatwienia swoje sprawy. Sprawy wobec ludzi lub zjawisk, które albo lubili, albo ich nienawidzili, sprawy ambicjonalne i emocjonalne. Sprawy różne, ale zawsze takie, które czytelnikom kombatanckich wspomnień wypaczają rzeczywisty obraz wydarzeń - pisze Grzegorz Czwartosz.
 |
Grzegorz Czwartosz |
|
GRZEGORZ CZWARTOSZ
Jak w każdej konfliktowej sytuacji, także w sporze o wydarzenia w Chambois, nie jest tak, iż tylko Polakom można zarzucić niewłaściwe traktowanie historii. Swoje winy wobec Polaków mają także Amerykanie. W demokratycznych „od zawsze” Stanach Zjednoczonych historii nie fałszuje się - tam się ją przemilcza. Efekt końcowy jest taki sam jak w Polsce - czytelnik literatury historycznej z Polski i Stanów Zjednoczonych odnosi wrażenie, że na dwóch różnych planetach rozegrały się dwie różne bitwy o Chambois, bo o Polakach walczących o to miasteczko na równi z Amerykanami prawie niczego w amerykańskich książkach się nie przeczyta.
Jeśli choćby raz ma rację gen. Franciszek Skibiński w swoich opisach polskich działań pod Chambois wówczas w miasteczku tym być może doszło do zderzenia dwóch nadmiernych ambicji i silnych generalskich osobowości – gen. Stanislawa Maczka i amerykańskiego gen. George’a S. Pattona. Jak wspomina Skibiński w jednej z wersji uzasadniającej polską obecność w Chambois - zdobycie tego „historycznego taktycznego punktu terenowego” było ambicją dowódcy polskiej 1. Dywizji Pancernej.
NAJWIĘKSZA TAJEMNICA 90. DYWIZJI PIECHOTY
Trudno przewidzieć czego jeszcze możemy być świadkami w „sprawie Chambois”, bo rzecz, miast przygasać, wydaje się być rozwojowa. Jeśli kiedykolwiek polscy i amerykańscy kombatanci z Chambois spotkają się na zasadniczej rozmowie twardym żołnierskim językiem, i przestaną ze sobą rozmawiać za pośrednictwem książek, mediów i listów otwartych, wówczas ze strony polskiej z powodzeniem może paść coś w rodzaju: „Panowie, pilnujcie swojego Flossenburgu, a nasze Chambois zostawcie już w spokoju”. Historia rozstrzeliwania jeńców w Chambois to klasyczna sytuacja, z której nie ma dobrego wyjścia, chyba że za jedyną korzyść z tego wszystkiego uznać kubeł lodowatej wody na głowy współczesnych Polaków, aby wreszcie obudzili się i dostrzegli, że nie ma ani takich armii, ani takich wojen, jakie do tej pory znali z polskich książek, publicystyki i kinematografii. Wbrew nerwowym reakcjom polskiego środowiska kombatanckiego 1. DPanc, jakie można obserwować od czasu wydania wspomnianego polskiego przekładu książki prof. Ambrose’a, nie da się dłużej udawać, że nic o Chambois na świecie się nie mówi i nie pisze, że nic w Chambois się nie stało i że trzydniowe opanowywanie miasteczka odbywało się na starą modłę hollywoodzką.
Jednocześnie nie może też być tak, że polska 1. DPanc będzie się czuła – od czasu wydania „Obywateli w mundurach” – jak pod pręgierzem, bo niczego wyjątkowego nie zrobiła w kontekście Normandii AD 1944, natomiast „nieskalana” amerykańska 90. DP będzie rozprawiać o polskich przestępstwach sama nie będąc wolna od dużej zbrodni wojennej. Amerykańska 90. Dywizja Piechoty 23 kwietnia 1945 r. wkroczyła do małego bawarskiego miasteczka Flossenburg i dokonała tam pogromu na wszystkich napotkanych na drodze Niemcach, choć głównie na jeńcach z Waffen SS. Dokonała tego będąc w stanie szoku i nawet kadrze oficerskiej przez długie godziny nie udawało się zapanować nad zbiorowym morderczym szałem dywizji. Powód? Powieszenie przez SS we Flossenburgu 15 spadochroniarzy amerykańskich w wigilię Bożego Narodzenia 1944 r. i zbezczeszczenie ich zwłok, następnie zaś widok – pierwszego we frontowym życiu 90. DP – obozu koncentracyjnego, jaki mieścił się w tym miasteczku.
Nigdzie o tym nie przeczytamy. Sprawę tę, jak zawsze w ówczesnych alianckich siłach zbrojnych, zatuszowano. Mimo, że jest to tajemnica poliszynela – taka sama, jak mordy na jeńcach w Chambois – do dziś jest ona amerykańskim tabu oraz wspólną „tajemnicą” kombatantów 90. DP i kilku-kilkunastu historyków, którzy w ostatnim półwieczu pracowali z nimi nad dziesiątkami książek poświęconych wyzwalaniu Europy Zachodniej. Tak wygląda wojna nie książkowa, o której w Polsce nie ma się pojęcia w zalewie krajowych patetycznych, albo wyważonych do nieznośnych granic książek lub filmów o II wojnie.
Były kapitan 90. dywizji, sędzia Laughlin E. Waters zmarł 3 czerwca 2002 r. podczas moich starań o wywiad z nim. Fakt, iż żaden polski badacz historii nie odważył się na przeprowadzenie wywiadu z jednym z ludzi, którzy zburzyli polskie dogmaty na temat Chambois jest olbrzymią stratą. Bez odpowiedzi pozostaną już dziesiątki pytań, jakie cisnęłyby się do tej postaci. Po Watersie pozostaje choćby pytanie: Jakie jest moralne prawo Amerykanów do publicznego konstatowania przestępstw wojennych żołnierzy gen. Stanisława Maczka? Prawa takiego nie ma. Prawnika-idealisty Laughlina E. Watersa we Flossenburgu już nie było – leczył dwie rany odniesione w Normandii. Gdyby tam był musiałby się po wielokroć zastanowić, jak sam by się zachował w obliczu widoku szczątków jego rodaków wiszących na drzewach, obozu koncentracyjnego i czy nie opuściłyby go wówczas wszystkie zasady wyniesione z prawniczej rodziny i wydziału prawa jego uniwersytetu. A na pewno po stokroć musiałby się zastanowić, czy w słynnej książce „War from the Ground Up” wspominać cokolwiek o polskich przestępstwach wojennych w Chambois.
KONFLIKT, ALE CO DALEJ?
Polskim mentalno-obyczajowym „problemem Chambois” nie jest to, co się tam stało, ale brak prawdziwej, nie książkowej, wiedzy polskiego społeczeństwa na temat tego, jak wyglądała kampania normandzka z jej kotłem Falaise, a głównie z niepisaną regułą nie brania jeńców – zarówno przez Waffen SS, jak i aliantów. Polska to ostatnie państwo-uczestnik II wojny na Zachodzie, które nie potrafi posprzątać swojego historycznego podwórka po takich sprawach. Nie ma do tego ani woli, ani pomysłów, choć jest na to olbrzymie zapotrzebowanie. Dopóki w Polsce nie będzie świadomości, że alianci zachodni w latach 1944-1946 zgładzili 1,4 mln jeńców niemieckich (wg analiz rządu niemieckiego) lub nawet 1,7 mln (wg najnowszych badań kanadyjskich), dopóty przypadki takie, jak Chambois będą w Polsce szokować lub też będą uznawane za niewiarygodne.
Kulturową przepaść między Polską a Zachodem pod tym względem widać najlepiej na przykładzie Kanady. Po wojnie sądzono tam SS-Brigadeführera Kurta Meyera - dowódcę 25. Pułku Grenadierów Pancernych SS. Sądzono go za rozstrzelanie przez jego pułk 138 jeńców alianckich z trzech państw, ale głównie Kanadyjczyków. Skazany został na karę śmierci, a zwolniony z więzienia już w roku 1954. Na mocy jakiego cudu doszło do tak nieoczekiwanego zdarzenia? Meyer został zwolniony pod presją kanadyjskiego lobby społecznego. Bo w Kanadzie, nawet jeśli nie zawsze się o tym pisze, to w tamtejszych domach po prostu żyje wiedza na temat tego, jakiej hekatomby na niemieckich jeńcach dokonał w Normandii kanadyjski II Korpus, w którego strukturze walczyła polska 1. DPanc.
Kurta Meyera uratowało kanadyjskie poczucie historycznego wstydu i przyzwoitości Tak zachowują się światłe narody z głębokim i prawdziwym przeświadczeniem, że nie ma takich wojen, z których wychodzi się z czystymi rękami, bez względu na to, czy walczy się po „złej”, czy po „dobrej” stronie. Charles Lutton z amerykańskiego Institute for Historical Review pisze w jednej ze swoich prac, jednocześnie będącej omówieniem książek Maksa Hastingsa i Davida Irvinga na temat inwazji na Francję: „Zakwestionować należy legendę, iż tylko Niemcy ponoszą winę za rozstrzeliwanie jeńców. Wprawdzie kanadyjskich jeńców notorycznie rozstrzeliwała 12. Dywizja Pancerna SS, jak również inne niemieckie jednostki w Normandii, ale trzeba wreszcie powiedzieć, że aliancka propaganda wypaczyła proporcje wzajemnych win. Podczas przeprowadzania wywiadów do niniejszego opracowania z alianckimi kombatantami, prawie każdy stwierdził, iż dysponuje osobistą wiedzą na temat rozstrzeliwania niemieckich jeńców, albo wręcz, że w tym uczestniczył podczas kampanii normandzkiej. Wiele brytyjskich i amerykańskich jednostek rutynowo rozstrzeliwało jeńców z Waffen SS w odwecie za ich fanatyczny opór i to właśnie tłumaczy fakt, iż jeńców z SS prawie nie było w alianckich obozach jenieckich.”
Mówi amerykański korespondent wojenny Holbrook Bradley: „Najpowszechniejszym rozwiązaniem problemu jeńców w alianckich jednostkach pancernych było rozwiązanie najprostsze i radykalne. Przecież czołgiści nie mieli możliwości odstawiania jeńców na tyły. Ale coś musieli z nimi zrobić. A więc robili. Wszystkich rozstrzeliwano bez pardonu”. Robili to wszyscy bez wyjątku alianci. Należy o tym zawsze pamiętać, mimo całej legendarności polskiej 1. Dywizji Pancernej i wielkiego sentymentu, jakim zawsze będzie się ta dywizja cieszyć w olbrzymiej części społeczeństwa.
Grzegorz Czwartosz