Według mojej opinii propozycja podziału głosów zawarta w projekcie konstytucji unijnej jest bardzo daleko posuniętym i odważnym kompromisem - pisze Wojciech S. Pratkowski.
 |
Wojciech S. Pratkowski |
|
WOJCIECH S. PRATKOWSKI
PKMC Management Consultants
W dużym uproszczeniu, jeśli odcedzić polityczno-ideologiczną wodę oraz nierealne pseudo-mocarstwowe ambicje niektórych polityków, to Unia Europejska jest organizacją z ponad 400 milionowym rynkiem zbytu dla gospodarek państw członkowskich, zapewniająca korzystne i bezpieczne warunki dla ich działania i rozwoju. Unia kierująca się zasadą solidarności, to Unia przeznaczająca środki na polepszenie warunków gospodarowania poprzez rozwój infrastruktury danego kraju, czego skutkiem będzie wzrost zamożności społeczeństw krajów uboższych, a tym samym stworzenie większego rynku zbytu w ramach całej Unii i jej rozwój gospodarczy.
Jeśli ktoś stosuje bolszewickie rozumowanie, że solidarność unijna to jest zabieranie bogatym członkom, a dawanie biednym, ponieważ są biedni i mają zasługi w obalaniu komunizmu, to jest w dużym błędzie i nie rozumie po co została stworzona Unia Europejska, czym jest teraz i jaka będzie w przyszłości. Tym samym to, czy będziemy znaczącym członkiem Unii i będziemy mieli większy czy mniejszy wpływ na jej decyzje zależeć będzie od poziomu naszego rozwoju gospodarczego i wysokości PKB, a tylko pośrednio od liczby naszych głosów w instytucjach kierujących Unią.
Traktat nicejski, którego głównym celem było umożliwienie rozszerzenia Unii, był owocem kompromisu politycznego i już w momencie powstania zakładał konieczność zmian, usprawniających zasady podejmowania decyzji w Unii, szczególnie w zakresie podziału środków na dofinansowanie szybszego rozwoju regionów, czy krajów uboższych.
Logika biznesowa jest taka, że kto wpłaca do budżetu unijnego ponad 20 mld euro, nie może mieć takiego samego wpływu na podział unijnej kasy jak politycy z kraju, który wpłaca 10 razy mniej i sądząc po sytuacji tego kraju (deficyt budżetowy, tempo rozwoju gospodarczego, korupcja itp.) mają delikatnie mówiąc niewystarczające kwalifikacje do dopuszczenia do poważnych rozmów o pieniądzach.
Według mojej opinii propozycja podziału głosów zawarta w projekcie konstytucji unijnej jest bardzo daleko posuniętym i odważnym kompromisem. Gdybym był kanclerzem Niemiec, stałbym na dużo twardszym stanowisku i powiedział do p. Millera: Drogi Leszku, nasza propozycja jest ostatecznym kompromisem, bo dla dobra zarządzania Unią, także dla dobra rozwoju Polski, powinniśmy zażądać okresu przejściowego na dopuszczenie waszych polityków do decydowania o finansach Unii do czasu, aż nauczycie się skutecznie rządzić i macie 3 lata na doprowadzenie deficytu budżetowego do np. 4%, zmniejszenie poziomu korupcji do średniej unijnej, oraz stworzenie warunków do inwestowania i szybkiego rozwoju gospodarczego.
Hasło nowej gwiazdy polskiej scenki politycznej „Nicea albo śmierć”, było w moim odczuciu cyniczną i niestety udaną próbą wpędzenia p. Millera w „kozi róg” dla lepszych wyników w sondażach i co dziwne premier, do którego można mieć pretensje za sprawy gospodarcze, ale nie można mu odmówić poczucia realizmu politycznego, dał się wmanewrować w sytuację, która zdecydowanie pogorszyła zaufanie Unii do polskiej klasy politycznej jako partnera, a tym samym utrudniła nasze korzystanie ze środków unijnych, a nic nie dała na wewnętrznym rynku politycznym, poza napinaniem przez niektórych cherlaków muskułów, mających sugerować społeczeństwu, że walcząc o „Niceę” walczymy o was, choć każdy bardziej rozgarnięty wyborca wie, że to nieprawda.
Teraz czas na naszych dyplomatów, żeby odkręcili tę całą niefortunną nicejsko-konstytucyjną aferę i nadzieja, że nasi politycy z lewa i prawa wyciągną właściwy wniosek, że siła i prestiż państwa to jego pozycja gospodarcza w unijnym, a także globalnym wymiarze.
Mamy wiele do zrobienia, należy usprawnić przygotowania do absorbcji unijnych środków, należy za wszelką cenę doprowadzić do wdrożenia w życie planu Hausnera, a nawet go rozszerzyć. Niezwykle pilnym zadaniem jest polepszenie warunków do inwestowania i gospodarowania, należy pokusić się o stworzenie najlepszego w Europie systemu opieki zdrowotnej, korzystając z doświadczeń innych, kierując się dobrem pacjentów i możliwościami budżetu, a nie dobrem koncernów farmaceutycznych, producentów sprzętu medycznego, lekarzy i pielęgniarek oraz urzędników.
Poprawmy funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, zacznijmy w sposób racjonalny zarządzać spółkami skarbu państwa i będącymi własnością samorządów. Przestańmy myśleć o rządzeniu w kontekście „łososi” (mój felieton ze styczniowego numeru DECYDENTA) i następnych wyborów. Jak to wszystko zrobimy, to będziemy gotowi do mieszania w unijnym garnku i nie będziemy traktowani w Europie jak osoba, która swoje braki i kompleksy stara się pokryć agresją i arogancją, bo te metody nie są akceptowane z zasady, a co ważniejsze są w tym towarzystwie zupełnie nieskuteczne.