Jako wieloletni prokurator muszę stanowczo stwierdzić, że żenujące jest zastępowanie organów ścigania przez dziennikarzy, właśnie takich organów, jak policja, służby specjalne czy prokuratura - mówi Zbigniew Wassermann.
{ADDONS}
ZBIGNIEW WASSERMANN
poseł Prawa i Sprawiedliwości
Komisja ds. Służb Specjalnych
Damian A. Zaczek: Panie pośle, o co chodziło Andrzejowi Barcikowskiemu, szefowi ABW, kiedy nagłaśniał sprawy lobbingu?
ZBIGNIEW WASSERMANN: Odnoszę wrażenie, iż szef ABW chciał załatwić kilka spraw. Po pierwsze, wykazał, że ABW czymś się zajmuje, po drugie pokazał, że istnieje pewne zagrożenie, z którym ABW nie potrafi sobie poradzić, po trzecie dał interpretację faktów, którą można ocenić jako rozciągnięcie parasola ochronnego nad niektórymi osobami, pewnymi sprawami i po czwarte chciał dać znać, iż niekoniecznie jest to jego inicjatywa.
Kto zatem inspirował Barcikowskiego?
Nie trzeba się domyślać, bo z jego wypowiedzi wynika, że najpierw przedstawił sprawę premierowi Millerowi i jego gabinetowi i stamtąd dostał polecenie, żeby przedstawić sprawę Sejmowi. Polecenie o tyle niedziwne, jeśliby dokonał tego tylko w Komisji ds. Służb Specjalnych, ale zadziwiające, jeśli chodzi o inne gremia sejmowe.
„Bohaterem” wystąpienia stała się też prasa niezależna.
Jako wieloletni prokurator, również krajowy, muszę stanowczo stwierdzić, że żenujące jest zastępowanie organów ścigania przez dziennikarzy, właśnie takich organów, jak policja, służby specjalne czy prokuratura. Dziennikarze ujawniają wiele spraw i aktywizują prokuraturę do ich wszczynania i prowadzenia. To jest dobra i pożądana, w otaczającej nas rzeczywistości, funkcja kontrolna prasy występującej w imieniu i na rzecz społeczeństwa, ale jest to także realny obraz ułomności instytucji państwa, niezdolnych do sprawnego wypełniania swoich ustawowych obowiązków.
Zaproponował Pan konfiskowanie samochodów pijanym recydywistom za kierownicą. Czy nie lepiej egzekwować istniejące prawo niż je zaostrzać?
To trudne zagadnienie, wymagające rozpatrzenia w kilku płaszczyznach. Racją jest, iż gdyby zmieniła się polityka karna sądów, to sprawcy prowadzący samochody w stanie nietrzeźwym spotykaliby się z bardzo ostrą reakcją sędziów. Nie spotykają się, gdyż dla sądów są to drugorzędne i drobne sprawy i obrońcy potrafią je wygrywać – zdarza się, że przewlekając je aż do przedawnienia.
Moja propozycja konfiskaty pojazdów pijanym recydywistom nie polega na ich eliminowaniu poprzez wsadzanie do więzień nie tylko z powodu braku miejsca, ale dlatego, że na co dzień nie są groźni, jeśli nie są pijani i nie siedzą za kierownicą. Nie jest to więc kwestia zaostrzenia wymiaru kary, to jest konieczność sięgnięcia po taki środek, który położyłby tamę bezsensownym śmierciom i kalectwom ofiar pijanych kierowców. Jest to zjawisko ogromnie niebezpieczne, bo jego skala tak naprawdę nie jest rozeznana. Statystyka, chociaż nie ujawnia pełnej skali ilościowej zjawiska, jest przerażająca. Policjanci zatrzymują rocznie ponad 150 tys. pijanych kierowców, wśród nich jest duży odsetek recydywistów, którzy ignorują grzywny i orzekane zakazy prowadzenia pojazdów. Jako poseł i prokurator nie mogę na takie zjawisko nie zareagować. Ja nie szukam instrumentów do odbierania ludziom samochodów, nie szukam instrumentów do sadzania recydywistów do więzienia. Mówię tak: jeśli państwo nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa obywatelom, to należy wyłamać się z obowiązującego standardu w sposób niekonwencjonalny. Mój pomysł dotyczy tylko tych recydywistów, którzy mieli powyżej 1,5 promila alkoholu we krwi, i do tego zabiją lub okaleczą ofiary, gdyż oni są już niereformowalni, sztywni umysłowo, nie panują nad odruchami. To są potencjalni mordercy – tak ich trzeba nazwać. Brońmy się przed nimi.
Jak zwalczyć przyzwolenie społeczne na „picie za kierownicą”?
Jak można z tym walczyć inaczej, niż dając bardzo dolegliwy sygnał? Byłbym bardzo zadowolony, gdyby udało się wprowadzić do obowiązujących przepisów moją propozycję, ale gdyby nie trzeba było jej stosować. Mnie chodzi o odruch: piję – nie jadę. Pijącym kierowcom trzeba dać do zrozumienia, że nie ma zgody na „święte krowy”. To, o czym mówię, to jest projekt roboczy, wymaga jeszcze szlifu. Chcę go skonsultować z praktykami oraz naukowcami. Ja daję pomysł. Zobaczymy, jaki będzie jego odbiór społeczny. Prawo musi trzymać standardy, ale nie może być bezsilne w sytuacjach trudnych, skrajnych, realnego i wzrastającego zagrożenia dla życia i zdrowia nas wszystkich.
Czy Polska jest krajem bezprawia?
To bardzo mocne, lecz zasadne pytanie. Myślę, że Polska jest krajem, w którym instytucje prawne są często bezsilne, a osoby pokrzywdzone bezradne i nie potrafią, bądź nie chcą, sobie wzajemnie pomagać. Brak wzajemnego zaufania służy tylko przestępcom. To nie zawsze jest problem niekompetencji i braku pieniędzy, ale – przede wszystkim - odpowiedniej polityki karnej, doboru właściwych ludzi, którzy powinni chcieć służyć państwu i społeczeństwu. Mówimy, że Polska jest demokratycznym państwem prawa, a proszę zobaczyć ilu ludzi zaczyna skutecznie dobijać się o sprawiedliwość w Trybunale w Strasburgu? A ilu ludzi machnęło ręką i nie chcą nawet zgłaszać spraw w prokuraturze, policji? Jeżeli instytucje państwowe nie są w stanie zwalczyć pewnych zjawisk, to jeszcze rozumiem, ale jeżeli wchodzą w układ ze światem przestępczym, to mamy do czynienia z głęboką chorobą państwa, które nie może wypełniać swoich funkcji. Aparat państwa służy określonym interesom. Pojawia się coraz więcej takich przykładów.
Dziękuję za rozmowę.