Pleciemy jakieś banały o płci nadobnej, piękniejszej połowie ludzkości, o zaletach młodości itd., byle być sympatycznym, zrobić dobre wrażenie lub pokryć tym swoje zakłopotanie o aseksualnym podłożu - pisze Mirosław Karwat.
 |
Mirosław Karwat |
|
MIROSŁAW KARWAT
Szczególny rodzaj pochwały to komplement.
Według słownikowych definicji komplement to grzecznościowa pochwała, pochlebne wyrażenie, duser (czyli słodzenie kontaktu słodkimi zwrotami), przymilne słówka. A pochodzi to od hiszpańskiego słowa cumplimiento = spełnienie. Co spełniamy w komplemencie? Spełniamy powinność, obowiązek, wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom otoczenia lub konkretnych partnerów.
Za komplementem mogą kryć się rozmaite pobudki i intencje.
Może to być typowy automatyzm zachowania. Tak jest w przypadku spontanicznych odruchów, kiedy to nie zastanawiając się wiele wyrzucamy z siebie „ale tu ładnie”, „wspaniały strój”, „jak pan to robi?!” itp., bo żywiołowa ekspresja wrażeń, np. aprobaty lub podziwu, jest szybsza od namysłu, czy ktoś nas pyta o zdanie, czy to wypada oceniać itd. Ale też za pochwałą może kryć się respektowanie jakiejś reguły kurtuazji czy etykiety.
Chwalimy równie samoczynnie i niemal bezrefleksyjnie jak mówimy „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”. Tak mechanicznie objawia się choćby grzeczność na co dzień, zwłaszcza na zasadzie odruchowego odwzajemnienia.
Mówimy więc: „miło mi było pana poznać” – nawet jeśli to był po prostu nasz obowiązek, i może tylko obowiązek, żadnych doznań poza tym. Podczas prezentacji odpowiadamy na informację o czyimś imieniu i nazwisku galanteryjną formułką „jestem zaszczycony” (a w niektórych językach „zachwycony” lub „oczarowany”); choć przedstawiana nam osoba ani nie jest nikim ważnym, ani nie jest dla nas jakimś autorytetem, może nawet odwrotnie, to my zaszczycamy kogoś chwilą uwagi. Mężczyzna w roli urzędowej nie umie być bezpłciowy (przecież trzeba być mężczyzną) i dlatego okazuje względy młodym damom zgromadzonym np. w roli słuchaczek szkolenia, nawet jeśli skupienie tylu samic w jednym miejscu nie porusza naszego libido, gdyż pochłonięci jesteśmy prelekcją, tremą wykładowcy albo obsesją służbowego zadania. Wdzięczymy się, może nawet drętwo i niezręcznie, nawet jeśli żadna z nich nie wywołuje w nas niezdrowego, a natrętnego zainteresowania, żadna nie wyróżnia się niczym szczególnym (np. wszystkie są ładne, no i co z tego?), albo naprawdę uroda którejkolwiek z nich jest dla nas sprawą nieistotną i obojętną. Pleciemy jednak jakieś banały o płci nadobnej, piękniejszej połowie ludzkości, o zaletach młodości itd., byle być sympatycznym, zrobić dobre wrażenie lub pokryć tym swoje zakłopotanie o zupełnie aseksualnym podłożu.
Miłe słowa wobec partnera mogą wynikać z poczucia zobowiązania, by być miłym, a nawet eleganckim. Byłby to więc konwencjonalny lub wręcz rytualny objaw dobrego wychowania względnie bezbłędnego funkcjonowania w zawodowej roli recepcjonistki, sprzedawcy, domokrążcy, portiera, konferansjera itp. Nawet pijak w barze eksponuje tę regułę, że trzeba dowartościować tego, do kogo mam interes – i zwraca się zawsze „pani kierowniczko szanowna” albo „nie gniewaj się, piękna i groźna, złość szkodzi urodzie”.
Posłużenie się komplementem w rozmowie może być też zachowaniem wprawdzie umyślnym, ale względnie bezinteresownym. Bezinteresownym o tyle, że nic konkretnego nie próbujemy w ten sposób załatwić, wymusić czy wytargować, ale jednak tylko względnie bezinteresownym, bo jest dla nas korzystna stworzona przez konwencjonalną pochwałę miła atmosfera. Za pomocą komplementu okazujemy sympatię w rachubie na wzajemność; tworzymy przyjazną, życzliwą atmosferę do kontaktu, rozmów, negocjacji. Zręcznie dobrany i użyty w stosownej chwili komplement ułatwia przełamywanie lodów – zwłaszcza w sytuacji wzajemnego lub jednostronnego skrępowania między nieznajomymi lub osobami, które przystępują do kłopotliwej dyskusji, sporu, przetargu.
Komplement może też być pochwałą wymuszoną. Za przykład niech nam posłużą rytuały biesiadne: natrętne zapytania gospodyni, czy zupa smakuje, czy nie za słona, czy nie dodać jakiejś przyprawy, czy może częstowany reflektuje na dokładkę. Takie natarczywe przepytywanie zawsze stawia gości czy domowników w kłopotliwej sytuacji. Podobnie bywa z zapytaniami kolegi po jego przemówieniu czy występie w telewizji: czy dobrze wypadłem? A jak taktownie odpowiedzieć na pytanie o wrażenia po urządzeniu mieszkania czy wyborze stroju ślubnego lub karnawałowego? Wspólny mianownik dla takich sytuacji to widoczne oczekiwanie zapytującego, jego nastawienie na pochwałę, a nie na uwagi, zwłaszcza takie, które mogłyby zepsuć jego własną satysfakcję, urazić jego próżność. Pyta nie dlatego, że sam nie wie, że chce się poradzić, jest ciekaw naszego zdania, lecz dlatego, że życzy sobie potwierdzenia tego, co sam już góry przesądził.
Mirosław Karwat
Autor książek: „O perfidii”,
„Sztuka manipulacji politycznej”