Established in 1999
Pierwszy i jedyny magazyn lobbingowy w Polsce
The first and only lobbying publication in Poland

REENACTING

Nowy polski sposób na życie (1)
Jest reenacting wymykającym się prostej definicji sposobem na życie, gdy zważy się wielką wiedzę historyczną, skalę inwestycji finansowych, pochłonięty czas, wyrzeczenia „reenactora”, a nierzadko jego konflikty z rodziną. Społeczność reenactingową tworzą ludzie stojący w wielkim rozkroku - pisze Grzegorz Czwartosz.
Grzegorz Czwartosz

GRZEGORZ CZWARTOSZ

Do kraju wdarła się fala tzw. reenactingu. Fala, jak to z takimi falami bywa, wdarła się do Polski z Zachodu. Na przyjęcie tego zjawiska społecznego nie jest przygotowane polskie prawo, a powinna być przygotowana co najmniej Ustawa o broni i amunicji. Im wcześniej zaczną być czerpane prawne wzorce reenactingowe z Zachodu, tym mniej będzie wynaturzeń tego skądinąd pozytywnego zjawiska.

Tworzy się w Polsce nowe lobby społeczne - nietypowe, nie żądające dla siebie przywilejów, nie wyciągające ręki po pieniądze (choć są one ważne w kosztownym reenactingu), miast tego żądające dla swoich poczynań szacunku, zrozumienia i stosowania zasady “po pierwsze nie szkodzić”, skoro już się nie pomaga. Lobby nie polityczne i nie gospodarcze, a historyczne. Szczególnego wymiaru nabiera to lobby w kontekście tego, jak PRL obszedł się z historią Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i ze zwykłymi ludźmi w nich walczącymi, by już nie przywoływać znienawidzonej przez komunistów elity PSZ - spadochroniarzy generała Sosabowskiego i cichociemnych. W dwuczęściowym cyklu artykułów przybliżymy nieco ten nowy ruch społeczny i powiemy, co jest reenactingiem, a co nie.

Na skonsumowanie edukacyjnego i patriotycznego ruchu reenactingu nie są przygotowane polskie media, choćby na własny programowy użytek. W krzywym zwierciadle ukazują nie reenacting, a jego mutantów i pobocza tego ruchu społecznego. To tak, jakby piłką nożną były tylko stadionowe subkultury, nie zaś to, co dzieje się na murawie. Przy takim postrzeganiu reenactingu bariera niechęci i niezrozumienia wobec niego będzie tylko narastać, co gorsza także wśród służb odpowiedzialnych za porządek i bezpieczeństwo miejsc publicznych. Jak pokazuje życie - także wśród kadry oficerskiej Wojska Polskiego, o niższych rangach już nie wspominając.

Zacznijmy od elementarza. Reenacting to angielski idiom, który w ostatnich kilkunastu latach zrobił na świecie furorę, szczególnie na fali rozwoju Internetu. Oznacza on odtwarzanie wydarzeń. Na Zachodzie tłumaczy się go dodatkowo, jako “żywą historię”. W Polsce nie najlepiej przetłumaczono go jako “rekonstrukcję historyczną”, co niektórym kojarzy się (zwracają na to uwagę także obcokrajowcy) z policyjną wizją lokalną i rekonstrukcją zdarzeń z miejsca zbrodni na potrzeby sądu lub telewizji. Już tu zaczyna się “złe PR” dla polskich miłośników historii.

Od Biskupina po Arnhem

Jest reenacting wymykającym się prostej definicji sposobem na życie, gdy zważy się wielką wiedzę historyczną, skalę inwestycji finansowych, pochłonięty czas, wyrzeczenia “reenactora”, a nierzadko jego konflikty z rodziną. Społeczność reenactingową tworzą ludzie stojący w wielkim rozkroku - jedną nogą w swoim środowisku rodzinnym i zawodowym, drugą zaś w umiłowanej epoce historycznej, którą publicznie prezentują całą swoją postacią i o której nauczają tych, którzy chcą patrzeć i słuchać. Miłośnicy reenactingu odtwarzają dziś na świecie wydarzenia z ostatniego 1000-lecia. Jak mawiają historycy “98 proc. historii powszechnej to wojny”. Chcąc uprawiać reenacting jest rzeczą prawie niemożliwą, aby nie otrzeć się w tej działalności o dowolną wojnę z dziejów ludzkości.

Taki reenacting, jakie państwo. Ojczyzną idei reenactingu są Stany Zjednoczone. Z racji historii tego kraju jego narodowy reenacting rozpoczyna się od wojny secesyjnej. W rocznice jej bitew do publicznych pokazów stają całe pułki Północy i Południa, perfekcyjnie umundurowane, wyposażone i uzbrojone w pełnosprawną broń. Regimenty te tworzą pasjonaci historii. Poprzez wojny z Meksykiem, I i II wojnę światową, dochodzi amerykański reenacting aż do wojny wietnamskiej.

W Polsce, o zupełnie innej historii, reenacting zaczyna się w Biskupinie, gdzie dla publiczności przyrządza się posiłki sprzed tysiąca lat i wytapia prymitywną stal w dymarkach. Działa też w kraju 140 bractw rycerskich kultywujących dawne tradycje oręża polskiego i jest to bodaj największy wkład polskiego środowiska reenactingowego w światowy ruch żywej historii. Swoją ulubioną jednostkę reenactingową wspiera także MON - szwadron kawalerii odtwarzający historię tej formacji z lat 30.

Najnowszą inicjatywą jest działająca od czerwca br. 8-osobowa Grupa Rekonstrukcji Historycznej 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Po niezliczonych w Polsce emisjach filmu “O jeden most za daleko” tego akurat stowarzyszenia żywej historii nie trzeba chyba bliżej przedstawiać. Jest to nareszcie pierwsza polska grupa reenactingowa, która odtwarza konkretną historię konkretnej polskiej jednostki wojskowej z okresu II wojny i pierwsza ukazująca wysiłek Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wcześniej bardzo podobną inicjatywą wykazało się amerykańskie środowisko polonijne. Powołało ono w roku 1998 Polish-American Living History Association (PALHA). Właśnie w owym Polsko-Amerykańskim Stowarzyszeniu Żywej Historii działa grupa odtwarzająca życie m.in. 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Grupę tę tworzy dziś ok. 30 osób z trzech sekcji regionalnych Stanów Zjednoczonych.

Na przykładzie tych dwóch pokrewnych stowarzyszeń żywej historii z obu stron oceanu widać, jakie bariery musi przełamać reenacting w Polsce.

Ręce opadają

Polonijna PALHA cieszy się uznaniem i szacunkiem amerykańskich władz cywilnych i wojskowych, mediów, szkół i innych placówek społeczno-wychowawczych, takich jak YMCA, gdzie członkowie PALHA uczą historii Polski. Dla krajowych mediów nowo powstała polska identyczna grupa miłośników historii 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej to “militaryści” i “duzi chłopcy bawiący się w wojnę”. Oto dwa znamienne cytaty. Pierwszy pochodzi z wydawanego w New Jersey (USA) tygodnika “The Post Eagle”, drugi z “Żołnierza Polskiego”. Pierwszy mówi o publicznym pokazie polonijnych reenactorów 1. SBS podczas tegorocznego amerykańskiego święta narodowego 4 lipca; drugi mówi o życiu takich samych reenactorów, lecz w Polsce.

“Był to pełen wrażeń i bardzo patriotyczny 4 lipca w Muzeum Amerykańskich Sił Powietrznych w Farmingdale (...). Było to fascynujące interaktywne widowisko i święto niezapomniane dla każdego, kto był jego gościem (...). Można było spotkać spadochroniarzy-kombatantów II wojny, którzy wystąpili w uhonorowanym wieloma nagrodami serialu telewizji HBO pt. »Kompania braci«. (...) Reenactorzy demonstrowali historyczne mundury i sprzęt spadochroniarzy, weterani zaś opowiadali o swoich operacjach desantowych”.

I cytat drugi z tegorocznego lipcowego “Żołnierza Polskiego”. Już sam tytuł artykułu piszącej go dziennikarki - “Zabawa w wojnę” - w zachodnim reenactingu spotkałby się z ostrą reakcją sekcji prawnej lub public relations dowolnego stowarzyszenia żywej historii: “Od ponad 40 lat entuzjaści zabaw wojennych (...) tworzą grupy rekonstrukcji historycznych (...). Obok jednego pułku piechoty z dywizji Gross Deutschland mamy na razie [w Polsce - przyp. G. Cz.] pododdział amerykańskiej piechoty morskiej (...), nowo tworzącą się grupę wojsk radzieckich z 1944 r. i 1. Samodzielną Brygadę Spadochronową. Ta różnorodność dobrze świadczy o wszechstronności rodzimych militarystów”.

Źle natomiast tekst ten świadczy o głębokości pojmowania idei reenactingu, który jest wszystkim, tylko nie militaryzmem. “Jednym z powodów, dla których stworzyliśmy naszą grupę jest propagowanie podczas publicznych pokazów wysiłku Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie oraz historii narodu polskiego podczas II wojny. Zawsze, gdy rozmawiamy z amerykańską publicznością, opowiadamy o historii Polski” - mówi Rafał Drwięga, współzałożyciel PALHA. Rzecz podsumowuje Mike Blazejack, szef sekcji chicagowskiej PALHA: “Moja 80-letnia mama uważa za wspaniałe, że za pośrednictwem naszego stowarzyszenia uczę się swoich polskich korzeni. Jestem reenactorem, ponieważ zawsze uwielbiałem badania historyczne i chciałem uczyć się swojej polskości. Czyż jest coś, co spełniałoby obie te funkcje lepiej?”.

Dlaczego to jest bezpieczne

Reenacting nie jest pasją dla ubogich duchem i portfelem. Na całym świecie uprawia go głównie klasa średnia, lub jak kto woli “inteligencja”, albo też osoby, które niekoniecznie mają w życiorysie biznes i wyższe uczelnie, mają za to inteligenckie potrzeby, kulturę i wychowanie. “Dresiarstwo” nie ma w tym hobby racji bytu - męczyłoby się ono ucząc się historii, tradycji narodowej, patriotyzmu, godności, honoru i podobnych niedzisiejszych pojęć ze słownika wyrazów obcych. Społeczność reenactingowa do perfekcji posiadła sztukę samooczyszczania się z elementu awanturniczego, który mimo bardzo twardej selekcji (nieco na wzór innego zjawiska społecznego, jakim jest clubbing), przedarłby się na chwilę do stowarzyszenia żywej historii. W olbrzymiej większości grup rekonstrukcji historycznej kandydat na nowego członka przechodzi roczny okres próbny, a jego ostateczne członkostwo musi być zaakceptowane przez wszystkich członków stałych.

Mówi Krzysztof J. Czuj z PALHA: “Zdarzyło się, że podczas dużej imprezy reenactingowej ktoś z grupy odtwarzającej jednostkę niemiecką napisał coś obraźliwego na plakacie polskiej 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej, której życie my rekonstruujemy. Reakcja władz grupy niemieckiej była błyskawiczna - osobnik ów został natychmiast zidentyfikowany i ukarany, a nasza grupa gorąco przeproszona. Tego typu prowokacje to dla członków grup reenactingowych działających na terenie USA wielkie ryzyko, gdyż incydent taki najczęściej kończy się wydaleniem z grupy. I nie są do tego potrzebne władze danego stowarzyszenia żywej historii. Tego typu zachowanie znakomicie czyści potężna presja środowiskowa”.

Proces oczyszczania swoich szeregów z agresywnych sterydziarzy przechodzi właśnie polskie środowisko reenactingu rycerskiego. I dobrze, bo tam, gdzie przy okładaniu się mieczami władze zdają się nie na własne, a jedynie na “koleżeńskie BHP rycerzy”, nie ma miejsca dla niewyżytego elementu przestępczego. Nie jest to żelazną regułą, ale te stowarzyszenia żywej historii, które mają coś wspólnego z wojskowością najczęściej są prowadzone przez byłych żołnierzy zawodowych. Są więc prowadzone twardą ręką, odpowiedzialnie, w zgodzie z prawem i dobrymi - nie zawsze pisanymi - obyczajami oraz według klarownych zasad. W tak zorganizowanej grupie jej nowy członek stały dostaje stopień szeregowego. Starszym szeregowym może się stać dopiero po regulaminowym stażu w grupie, egzaminie z wiedzy historycznej na temat jednostki, której życie grupa odtwarza oraz po zgromadzeniu odpowiedniej ilości oryginalnego umundurowania, wyposażenia, oporządzenia i uzbrojenia na użytek własny podczas publicznych pokazów.

I gdzie tu lobbować?

W ludzkich głowach! Polscy miłośnicy historii 1. SBS muszą się zmagać nie tylko z barierą niezrozumienia dla swojej inicjatywy, ale także z wszechogarniającym chamstwem miejsc publicznych, czasem płynącym nawet z najmniej oczekiwanych stron. Grupa do dziś jest wstrząśnięta zachowaniem majora służby czynnej WP podczas uroczystości z udziałem korpusu dyplomatycznego, na którą grupę zaproszono w historycznym umundurowaniu. Major, którego obecność grupy z jakichś przyczyn uwierała, nie wytrzymał wreszcie i doradził jej, by “poszła obrobić stację benzynową”(sic!). Żadne środowisko zawodowe nie prowadzi kursów kultury osobistej i patriotyzmu, ale aparat public relations MON musi wreszcie, choćby na przykładach państw NATO, uświadomić w WP czym są stowarzyszenia żywej historii i z jakim szacunkiem spotykają się na Zachodzie. Ze swoim systemem kultywowania pamięci narodowej nie są one ani gorsze, ani lepsze od tego, co czyni państwo w tej materii, są jedynie inne i państwo nie może nadawać sobie monopolu na jedynie słuszne formy czczenia ofiar wojen i bohaterów.

Żywiołowej fali reenactingu w Polsce nic już nie powstrzyma i MON musi się z tym faktem oswoić, choćby w interesie własnego wizerunku. Decydenci MON odpowiedzialni za wychowanie i public relations powinni choć raz pojechać do Normandii w rocznicę inwazji, by zobaczyć setki reenactorów z całego świata stojących ramię w ramię z weteranami desantu i biorących udział we wszystkich uroczystościach państwowych, kombatanckich i kościelnych. Wbrew paszkwilom publikowanym w Internecie na temat Szwadronu Reprezentacyjnego Jazdy Polskiej trudno ganić MON za wspieranie tej inicjatywy. Byłoby jednak wskazane, aby troska o kultywowanie tradycji polskiej wojskowości ze strony resortu obrony nie miała charakteru selektywnego.

Grzegorz Czwartosz

 

Żele łagodzą
różne bóle
 
decydentów.

Oprócz egzystencjalnych.

Komentarze, felietony, eventy

DECYZJE I ETYKA
Bielinek kapustnik z Puszczy Kampinoskiej
Zasada autorytetu, to jeszcze jedna droga na skróty, polegająca na korzystaniu z symboli (stanowisko, tytulatura, strój, samochód, dom). Jak więc sprawdzić, czy tej kandydatce (kandydatowi) mogę zaufać? całość...
ARCHIWUM KORESPONDENTA
"Negatywny lobbing" Berii
To jednostronne nastawienie Stalina miało swe skutki w postaci owego „negatywnego lobbingu”. Na czym on polegał? - odpowiada Zygmunt Broniarek. całość...
PUNKTY WIDZENIA
Co szkodliwe - powyrzucać
Lobbingu w żadnej firmie nigdy nie uprawiałem. Jest to nowy, nie przez wszystkich rozpoznany typ działalności. Postrzegam go raczej w kategoriach politycznych niż biznesowych - mówi poseł Bachalski. całość...
PUNKTY WIDZENIA
Między prawem a etyką
Nie dążę do „rozdawania broni każdemu, kto zechce ją dostać”. Proponuję ułatwienie posiadania jej wyłącznie na własny użytek i tylko we własnym domu - mówi senator Smoktunowicz. całość...
POLITYCZNE GRILLOWANIE
Lubieżnik prezydencki
Pewną profanacją jest porównanie muzyki do grillowania, ale stwierdzenie Jerzego Waldorffa o łagodzeniu obyczajów okazało się prawdziwe również w kulinarnej materii. całość...
SZTUKA MANIPULACJI
Pytanie o zwłokę
Na co liczy kunktator odpowiadając pytaniem na pytanie? Na względy dla siebie jako człowieka pytającego - odpowiedź dalej rozwija Mirosław Karwat. całość...
TROSKI PRZEDSIĘBIORCY
Polwinieta
W 1989 r. byłem przekonany, że zmiany przyniosą zdecydowaną poprawę warunków życia w Polsce naszym dzieciom, a teraz jestem pewien, że szanse na lepsze życie mają dopiero nasze wnuki - pisze Wojciech S. Pratkowski. całość...
KALININGRAD
Zagubiony jantar
Potencjalni inwestorzy zachodni uważają, że administracja nie ma umiejętności, niezbędnych do profesjonalnego wypromowania Kaliningradu - pisze Henryk Suchar. całość...
NIEUCZESANE REFLEKSJE
Punkty odniesienia
Z mariażu „Internet i nasza wyobraźnia” przechodzimy, a raczej jesteśmy wrzuceni, w związek „rzeczywistość i nasza wyobraźnia”. A rzeczywistość jawi się nam, łagodnie mówiąc, nieciekawie - pisze Andrzej Will. całość...
ALTERNATYWY
Pomysł...
Jak uczy historia większość pomysłów, które z dobrym skutkiem stosujemy i tu, nad Wisłą, niestety nie jest naszego, czyli – polskiego autorstwa - pisze Marek J. Zalewski. całość...
FUNDACJA NA RZECZ POLSKI
Wielka Księga Polskiej Przedsiębiorczości
Dotychczas brakowało wydawnictwa, które tu, w kraju, ale przede wszystkim za granicą prezentowałoby sukcesy polskich firm. Stosunkowo bardzo skromnie, jakby bez wiary we własne możliwości, pokazywaliśmy światu nasz dorobek. całość...


© DAZ PRESS 2007 | Serwis optymalizowany do 1024x768+, windows-1250

Home | O nas | Archiwum | Lobbing | Linki | Kontakt

Jesteś naszym 1060379 Czytelnikiem.